na początek od początku

Gdy tylko przyszła mi do głowy myśl, aby założyć tego bloga, od razu stało się jasne, czego powinien dotyczyć pierwszy wpis – na której anime powinnam się skupić w pierwszej kolejności.


Sailor Moon, od tego wszystko się zaczęło!” – chciałoby się powiedzieć, choć to nie do końca prawda. Dla mnie, jak dla dużej części dzieciaków urodzonych w latach 80., tak naprawdę zaczęło się od Daimosa, Yatamana i innych Czarodziejskich zwierciadełek. Oczywiście, wtedy żadne z nas nie miało prawa wiedzieć, że nietypowe bajki o egzotycznych korzeniach podane nam w sosie z włoskiego dubbingu, to anime. U mnie w domu mówiło się na to „chińskie bajki” – bo w sumie nawet pochwycenie nie do końca subtelnej różnicy między Chinami a Japonią było mgliste, co dopiero zaś spostrzeżenie, że omawiana bajka tak naprawdę bajką nie jest, gdyż jest anime. Co za różnica?

Dopiero Sailor Moon pozwoliła nam dostrzec tę różnicę. Stąd nic dziwnego, że duża część fanów anime w Polsce (przynajmniej tych w przedziale wiekowym 20-30 lat) właśnie w niej upatruje początku pewnej epoki. Szaleństwo zaczęło się w roku 1994. Miałam wtedy 8 lat i namówiona przez swoje koleżanki z klasy zaczęłam oglądać „bajkę”, którą i one śledziły – opowieść o szlachetnej wojowniczce w marynarskim mundurku, która walczyła o sprawiedliwość, robiąc przy tym niemiłosiernie dużo krzyku :)

Całkiem nawet zgrabnie przełożona na Czarodziejkę z Księżyca (piszę „całkiem zgrabnie”, mając na uwadze występujące w potężnej liczbie pozostałe przekłady, w tym pamiętne „Mydło-powidło”, czy największy grzech ówczesnej tłumaczki „Groch-fasola!”), Sailor Moon gościła w naszych domach codziennie, od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych – nic bym sobie za to uciąć nie dała, ale zdaje się, że była to godzina 15:30, z powtórką następnego dnia, w okolicach 8. rano. Wszystkie moje koleżanki oglądały, koledzy również, choć starali się hamować entuzjastyczne reakcje. Były więc fankluby, były zabawy w czarodziejki, z czasem nadeszła epoka wydawnictw, takich jak na przykład kolorowe albumy, które należało wypełnić naklejkami z kadrami z poszczególnych odcinków (do dziś pamiętam kopertki, w cenie 1,20zł za sztukę, w których umieszczano 6 naklejek i której kupowałam w pobliskim kiosku – pracująca tam pani po pewnym czasie zamiast „Dzień dobry” serwowała mi powitanie w postaci pytania „Ile dzisiaj?” odnoszące się do ilości kopertek, które codziennie u niej kupowałam).

Prawdziwy przełom nastąpił w 1997, kiedy na rynku pokazały się, niemal równocześnie Kawaii i Animegaido. Choć to drugie padło po zaledwie kilku numerach, Kawaii dzielnie utrzymywało się na polskim rynku wydawniczym przez kilka ładnych lat, niosąc kaganek oświaty u raczkujących otaku. Pierwsze numery pisma, niemal w całości poświęcone Sailor Moon właśnie, były jak miód na moje spragnione Sailorek serce. Kawaii powoli, choć systematycznie, otwierało mi jednak oczy na to, że na Czarodziejce świat anime (tak, tak, to był już czas, gdy terminy manga i anime wreszcie na stałe zagościły w moim słowniku) się nie kończy. Zapoznawałam się więc nieśmiało z Neon Genesis Evangelion (co za szczęście, że nie dane było mi obejrzeć tej anime wówczas, gdy miałam te 11-12 lat – nie zrozumiałabym kompletnie nic, a jedynie od tytułu by mnie na stałe odrzuciło), Tenchi Muyo, Oh My Goddess, Ranma 1/2, Urusei Yatsura, Ghost in the Shell i wieloma innymi. Wszystko było tak egzotyczne, jak i niedostępne. Warto przypomnieć, że były to czasy, kiedy już co prawda Internet jakoś tam w przestrzeni publicznej funkcjonował, jednak nie na taką skalę, by korzystali z niego przeciętni 12-latkowie, toteż pomysł, że za kilka lat możliwe będzie oglądanie anime za pośrednictwem tego właśnie przekaźnika, był na tyle abstrakcyjny, że nawet nie postał w żadnej ze znanych mi głów.

Myślę, że dokładnie taką samą historię przeżyło mnóstwo innych osób w podobnym do mnie wieku, które dziś mają na koncie setki obejrzanych tytułów. Ja sama miałam sporą przerwę – nadszedł moment, że Kawaii zamieniłam na (o zgrozo!) Bravo i Popcorn, anime na amerykańskie seriale fabularne i tak na długo rozeszły się moje drogi ze światem animacji japońskiej. Powrót zainteresowania tematem był nagły – nastąpił jakieś 1,5 roku temu, kiedy w przypływie nudy i potrzeby ucieczki od rzeczywistości, pomyślałam sobie, że zabawnie byłoby rzucić okiem na Sailor Moon i sprawdzić, co mnie tak rajcowało w tej anime dobrych kilkanaście lat temu. I tu wracamy do źródeł – tak pasji, jak i tego wpisu.

Powrót po latach do anime, która tak mocno odcisnęła się na moim dzieciństwie – a przez to i w pewnym sensie na dalszym dojrzewaniu – był podróżą magiczną. Oczywiście nietrudno jest wytknąć Sailor Moon jej liczne słabe strony – bolesną schematyczność jakichś 80% odcinków, z serii na serię coraz bardziej niedorzeczne i irytujące balety, które Usagi odstawiała przy ostatecznym pokonywaniu demonów swoimi bajeranckimi berłami, całą różową i słodką do porzygu serię Super S z główną bohaterką w postaci Chibiusy aka najbardziej denerwującego dziecka na świecie aka przyszłej zoofilki. Wymieniać można długo i obszernie. Ale to nie ma znaczenia. Dla mnie Sailor Moon pozostaje w czołówce. Choć stale nadrabiam braki w seansach i już teraz widzę, jak wiele lepszych tytułów powstało, nie zmienia to faktu, że Sailorki cenię ogromnie. I nie tylko przez sam sentyment.

Tak naprawdę, mimo swej naiwności i schematyczności, jest to anime z cudownym przesłaniem. Są kwestie oczywiste – czyli potęga przyjaźni i miłości. Proste i mało odkrywcze – ale tak, jak większość uniwersalnych prawd o świecie i człowieku. Ale jest też lekcja o ogólnej kondycji ludzi. Może ciężko to dostrzec, kiedy przez 90% odcinków w serii widzimy, jak Czarodziejki mordują kolejne demony. Jednak każda seria wieńczona jest dłuższym finalnym wątkiem, w którym bohaterkom udaje się wreszcie przedrzeć przez wszystkie płotki i stanąć do walki z naczelnym przywódcą tego, czy innego mrocznego kręgu. I to jest naprawdę coś.

Finał pierwszej serii, ten sam, którego z powodów brutalności/koncesji (wybór zależny od źródła informacji) nie pokazano nam na Polsacie, po raz pierwszy obejrzałam kilka lat później na niemieckojęzycznej stacji RTL2. Nie dość, że ilość słów, które rozumiałam wówczas po niemiecku można by zliczyć na palcach jednej dłoni, to jeszcze przy potwornym niemieckim dubbingu ten włoski z Polonii 1 wydawał się wręcz muzyką dla uszu. Mimo to jednak siedziałam twardo i oglądałam to, czego polska telewizja nam odmówiła. Pierwsza seria kończyła się faktycznie dość brutalnie – śmiercią wszystkich bohaterów, a zatem czymś, na co nie pokuszono się nawet w finale serii Stars (wszak tam chociaż Sailor Moon i Three Lights do końca dotrwały). Poza brutalnością dwa finałowe odcinki zaoferowały nam jednak przesłanie na temat niezwykłej mocy przyjaźni i miłości – gdy masz kogoś, kogo kochasz, nigdy tak naprawdę nie jesteś sam, nawet, jeśli tych osób nie ma przy Tobie. Bardzo na miejscu było też zakończenie serii chwytem wymazania bohaterom pamięci i przywrócenia im ich beztroskich żywotów sprzed czasów walki z Królestwem Ciemności.

Każdy finał łapał za serce – nawet ten ze wspomnianej już serii Super S, w którym Usagi odbyła niedorzecznie długą podniebną podróż przeczącą prawom fizyki, po to by tuż nad ziemią schwytać swoją przyszłą córkę w ramiona i uratować ją przed niechybnym rozbiciem się o asfaltowe ulice Tokio ;)

Zawsze jednak finały angażowały walkę za pomocą atrybutów – Srebrny Kryształ,  Święty Graal, Złoty Kryształ… Zmieniła to seria Stars, rozpoczynająca się od rozliczeniowego wątku z Nehelenią, pochodną Złej Królowej z Królewny Śnieżki, której niezdrowa miłość do luster i własnego piękna uderzyła do głowy na tyle, że postanowiła zapanować nad światem, a przy okazji poznęcać się nad słodką Usagi. Te kilka odcinków składających się na powyższy wątek tak kiedyś, jak i dzisiaj odbieram za jedne z mocniejszych odcinków całej anime. Grupa wojowniczek zostaje rozbita i brutalnie wrzucona w iluzoryczne światy stworzone przez Nehelenię, żeby jednak było ciekawiej bohaterki zostają połączone w zupełnie zaskakujące duety – Uranos musi znaleźć sposób, by dogadać się z Mercurym, Venus musi opanować swoją trzpiotowatość na rzecz współpracy z Pluto, Mars i Neptun muszą dograć swoje ponadprzeciętne intuicje (ta część była dla mnie najciekawsza, gdyż przy seansie po latach doszłam do wniosku, że to właśnie te dwie bohaterki lubię najbardziej), a pięć minut czasu antenowego w roli głównej dostaje Jowisz (to z kolei moja ulubiona bohaterka z czasów dzieciństwa). Co jest tak nietypowego w finale tego wątku? Usagi nawet nie próbuje walczyć. Prosi Nehelenię, by ta zemściła się tylko na niej, a uwolniła jej przyjaciół i że ci na pewno będą jej w stanie wybaczyć. Usagi nie chce „pokonać” Nehelenii, gdyż tak naprawdę nie walczy tutaj ze Złem, w takim sensie, w jakim walczyła z Metalią, Mędrcem z serii R, czy Pharaon 90. Nehelenia nie jest złem wcielonym, mroczną energią, bezosobowym duchem – jest zagubioną i samotną istotą, która nie otrzymawszy w życiu dość miłości i ciepła, przeobraziła się w okrutną i mściwą królową. Zabicie jej nie byłoby tak naprawdę rozwiązaniem. Tak, jak we wcześniejszych seriach na ciemność Sailor Moon odpowiada światłem Srebrnego Kryształu, tak tutaj na nienawiść i cierpienie odpowiada miłością i dobrem. Jest to aspekt o tyle ciekawy, że tak mocno odwołuje się do religii chrześcijańskiej zakorzenionej w kulturze europejskiej. Fakt, że tego rodzaju przesłanie, powtarzam – tak wyraźnie chrześcijańskie – wywodzi się z tworu wydanego na świat przez kulturę azjatycką, świadczy o istnieniu pewnego archetypu, którego poszczególne religie są tylko pochodnymi.

Kolejne potwierdzenie tej teorii dostajemy w finale serii Stars – podczas „walki” Usagi z Galaxią. Starcie jest okrutne – na polu bitwy umierają po kolei wszystkie czarodziejki. Galaxia wydaje się niezniszczalna, w istocie najpotężniejsza w galaktyce. Usagi przyjmuje postać Serenity i dostaje do rąk miecz powstały z Promyka Nadziei – tym mieczem ma pokonać Galaxię. Wbrew sobie bierze miecz do rąk, jednak szybko wycofuje się z walki, a jej jedyna broń zostaje zniszczona. Ponownie Usagi staje przed wrogiem zupełnie bezbronna – fakt ten zostaje dodatkowo podkreślony przez jej nagość. I znów dochodzi do cudu – największe zło w galaktyce zostaje pokonane przez serce dziewczyny, która straciła wszystko, ale mimo to nie przestała wierzyć w świat, który kocha. Swoim własnym światłem rozświetliła wszechświat spowity w nieprzeniknionej ciemności. Bez użycia broni i zaklęć. Ocaliła świat, gdyż wierzyła, że w każdym kryje się odrobina dobra i miłości, dzięki którym można rozświetlić galaktykę. „Nie chcę walczyć, gdyż nic dobrego nie wynika z walki, wzajemnie się tylko ranimy” – mówi Usagi. To przesłanie brzmieć może naiwnie, w dzisiejszym świecie, w dzisiejszych czasach może brzmieć wręcz idiotycznie, ale mimo to wydaje mi się. że są to wartości, które warto wpajać ludziom od najmłodszych lat – wiarę w świat i ludzi, poszanowanie dla innych, przekonanie o bezsensie wszelkiej agresji. To są wartości uniwersalne dla wielu systemów religijnych i filozoficznych. To jest też prawdziwe przesłanie, które płynie z anime pozornie traktującej o bandzie niedojrzałych podlotków, rzucających ognistymi kulami i łańcuchami z serc w kolorowe, zdeformowane demony.

Kilka dni temu podczas obchodów 20-lecia Sailor Moon ogłoszono, że w 2013 roku powstanie kolejna seria tej anime – ile będzie miała odcinków, o czym będzie opowiadała, tego na razie nie wiadomo. Nie ukrywam, że jestem jej szalenie ciekawa. Czymkolwiek by się jednak nie okazała, mam nadzieję, że nie zatraci swojego wydźwięku.

To na razie tyle, choć nie wątpię, że do Sailor Moon jeszcze nie raz w swoich rozważaniach powrócę.

P.S. Nie zapominajmy też o cudownie feministycznym przesłaniu Sailorek – oczywiście, księżniczka może mieć swojego księcia, ale nigdzie nie jest powiedziane, że ten musi być odpowiedzialnym za jej ratunek. Za to uwielbiam anime i między innymi w tym upatruję ich wyższości nad Disneyem – księżniczki z Kraju Kwitnącej Wiśni potrafią walczyć o ocalenie świata bez pomocy książąt i ich białych rumaków. Girl Power pełną gębą! :)

Advertisements

2 responses to “na początek od początku

  1. Pięknie napisane :) Widzę, że jesteś moją rówieśniczką ( no prawie ;) i naprawdę doskonale oddałaś to,co ja sama myślę o Sailorkach. To bajka mojego dzieciństwa i w dużej mierze to ona ukształtowała moje spojrzenie na animację i miłość do kreskówkowych opowieści. Dziś, po kilkudziesięciu obejrzanych tytułach przygody Usagi i spółki nadal zajmują szczególne miejsce w moim sercu, w końcu to od nich wszystko się zaczęło :)

    Pozdrawiam serdecznie i obiecuję, że będę śledzić Twoje blogowanie!

    • Dziękuję za odwiedziny :) Tak, tak, choćbym obejrzała setki innych tytułów, Sailor Moon zawsze będzie dla mnie czymś wyjątkowym – zawsze będzie kojarzyć mi się z czasami beztroskiego dzieciństwa i smakiem pierwszej prawdziwej pasji ;) Teraz, kiedy w zasięgu pojawia się jakiś interesujący tytuł, można sobie szybciutko zorganizować całą serię, wyczytać wszystko, co na jej temat napisano, za pośrednictwem Internetu pogadać o niej z mnóstwem innych ludzi. A wtedy, gdy Sailorki zawitały do naszego kraju, z trudem wydzierało się każdy ochłap dodatkowej informacji – zakup nowego tomu mangi uchodził za wydarzenie miesiąca, każdy odcinek skrupulatnie nagrywałam na kasetach VHS, żeby móc do niego w każdej chwili wrócić, z „Kawaii” wycinałam chociażby najmniejsze skrawki informacji dotyczących tego anime. Trzeba było być naprawdę zdeterminowanym, żeby dokopać się do jakiejkolwiek wiedzy dodatkowej – trudno takich czasów nie wspominać z sentymentem :) Dlatego tym bardziej cieszę się, że nie jestem w tych uczuciach odosobniona ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s