Kanon – w moim kanonie raczej nie zagości

Clannad, Kanon i Air to wielka trójca autorstwa studia Key/Visual Arts. Choć serie te nie są ze sobą powiązane fabularnie, to jednak podobna animacja, zbieżność charakterów postaci, poruszana tematyka i inne czynniki sprawiają, że postrzega się je jako spójny blok produkcyjny. Wszystko zaczęło się w roku 2002, kiedy to światło dzienne ujrzała 13-odcinkowa seria Kanon, która cztery lata później doczekała się ulepszonej graficznie i rozszerzonej fabularnie 24-odcinkowej następczyni. W międzyczasie, w roku 2005 swą premierę miała seria Air, a zwieńczeniem tej swoistej trylogii stał się Clannad z 2007 roku i jego kontynuacja – Clannad After Story – wydana rok później. Tak się jakoś złożyło, że przygodę z Key/Visual Arts zaczęłam od ostatniej ich produkcji, czyli od Clannad. Dziś widzę, że z jednej strony nieco popsuło mi to potencjalną frajdę z oglądania Air i Kanon, ale z drugiej sprawiło, że Clannad nie odczułam jako fabuły wtórnej, co z pewnością by się stało, gdybym przed nim obejrzała dwa wcześniejsze tytuły. Dziś jednak nie o Clannad, ale o Kanon.

Spotkałam się już z opiniami o tym, że to właśnie Kanon jest najmocniejszy fabularnie z całej trylogii. Sama zupełnie się z tym nie zgadzam – owszem, wydaje mi się lepszy od Air, ale kompletnie nie dorasta do pięt Clannad i jego kontynuacji. Nie udało mi się dotrzeć do oryginału, od którego chciałam zacząć zaznajamianie się z Kanon – czyli do wersji z 2002 – toteż obejrzałam produkcję z roku 2006. I dobrze, że tak się stało, bo średnio widzę sens w dwukrotnym seansie tego anime, a tak przynajmniej udało się obejrzeć wersję z lepszą grafiką.

Kanon, haremówka, w której dramat miesza się z komedią, to opowieść przesiąknięta magią. Na początku fabuły wchodzimy w dość banalną koncepcję klasycznych okruchów życia – nastoletni Yuuichi przenosi się do miasteczka, w którym żyją jego ciotka i kuzynka – ma tam zamieszkać, chodzić do szkoły, wieść swój zwykły, nastoletni żywot. Jedyne, co wydaje się dziwne, to fakt, że chłopak zupełnie nie pamięta wydarzeń sprzed 7 lat – czyli z okresu, kiedy gościł u ciotki po raz ostatni.

Z czasem jednak liczba dziwnych wydarzeń zaczyna przyrastać. Yuuichi poznaje Ayu, swoją rówieśniczkę, która jest jednak niedorzecznie infantylna i wydaje się, że zamiast 17 lat ma góra 12. Co gorsza, Ayu jest niziutka, drobniutka i ma cienki, dziecinny głosik, co tylko potęguje wrażenie, że jest znacznie młodsza od Yuuichiego. Ayu twierdzi, że chłopaka zna i z czasem ten bardzo powoli zaczyna sobie ich znajomość przypominać. Poza tym Yuuichi poznaje Makoto – dziewczynkę o płomiennych włosach i niemniej ognistym charakterze. Makoto cierpi na amnezję – nie pamięta nic poza własnym imieniem i faktem, że szczerze nienawidzi Yuuichiego. Kolejna w haremie jest Mai – piękna, ale sprawiająca wrażenie nieco autystycznej dziewczyna, chodząca do szkoły Yuuichiego. Mai, poza tym, że niewiele mówi i nie bardzo potrafi okazywać emocje, co wieczór robi sobie wycieczki do szkoły i poluje tam na tajemnicze demony. Następna niewiasta – Shiori, to tajemnicza dziewczynka, która codziennie pojawia się na dziedzińcu szkolnym po to, by pospacerować sobie w towarzystwie Yuuichiego. Z czasem wychodzi na jaw, że jest młodszą siostrą koleżanki z klasy Yuuichiego i powinna wraz z nimi chodzić do szkoły – nie może jednak tego robić, gdyż zapadła na tajemniczą chorobę, która choć nie daje widocznych objawów, zagraża życiu Shiori do tego stopnia, że lekarze przewidują, iż dziewczynka nie dożyje swoich 16 urodzin. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o Nayuuki, kuzynce Yuuichiego, która przez większość fabuły sennie snuje się po domu, finalnie jednak, podobnie jak reszta dziewcząt, kryje w sobie pewną smutną tajemnicę z przeszłości.

Realizacja fabuły jest dość schematyczna. Yuuichi angażuje się po kolei w wątek każdej z dziewczyn – wspólnie odkrywają jej tajemnicę, przy okazji rzucając światło na fragmenty dzieciństwa samego protagonisty. Kiedy już wątek zostaje zamknięty, dana bohaterka albo całkiem z fabuły znika albo jej obecność zostaje bardzo mocno ograniczona i pojawia się raz na kilka odcinków. To schemat, który przerobiono wcześniej w Air. Sytuacja poprawiła się wraz z premierą Clannad – zdaje się, że twórcy załapali, iż jest to średnio uczciwa i udana metoda rozprawiania się z bohaterkami. W Clannad nawet po rozwiązaniu tajemnic kolejnych postaci, pozostawały one w fabule – z pewnością nie tak silnie w niej zakorzenione, jak podczas epizodów koncentrujących się w całości na ich historiach, ale jednak regularnie się pojawiały. Choć takie rozegranie fabuły może wydawać się najbardziej logicznym, niesie też ze sobą pewne zagrożenie. W Kanon na koniec pozostawia się Ayu – choć bohaterka pojawia się już w pierwszym odcinku i co jakiś czas dostaje solidne sceny z udziałem swoim i Yuuichiego, to jednak jej wątek przeniesiony jest na finał, w związku z czym, zanim dojdziemy do Ayu, poznajemy Makoto, Mai, Shiori i widzimy ich interakcje z Yuuichim…

Wchodząc w świat Kanon, bardzo szybko daje nam się do zrozumienia, że główną parę będą tutaj tworzyli Yuuichi, rzecz jasna i właśnie Ayu. I faktycznie – tuż przed 20 odcinkiem dochodzi między bohaterami do wyznań miłosnych. Wydaje mi się jednak, że jest to fatalnie umiejscowione w czasie akcji. Właśnie ze względu na to, że wcześniej mieliśmy szansę z bliska przyjrzeć się związkom głównego bohatera z trzema innymi dziewczynami. Jasne, finalnie okazało się, że Makoto jest jedynie ludzką reprezentacją lisa, którym opiekował się Yuuichi, kiedy jako mały chłopiec gościł u swojej ciotki. Nie zmienia to jednak faktu, że zanim dziewczynka traci mowę i inne ludzkie umiejętności, wyraża pragnienie, by wyjść za Yuuichiego, śpi z nim w jednym łóżku, cały czas się do niego tuli, a on nie tylko na te czułości pozwala, ale też je odwzajemnia – historia znajduje finisz na wzgórzu, na którym Yuuichi dawniej porzucił lisa, a obecnie bierze symboliczny ślub z Makoto. Nie ma wątpliwości, co do natury uczuć Yuuichiego – jest to miłość platoniczna, chęć opiekowania się Makoto, troska o nią. Nie ma w tym klasycznie pojętej miłości damsko-męskiej, niemniej w widzu pozostaje poczucie silnego związku między tą dwójką, związku opartego na głębokim uczuciu.

Sytuacja poniekąd powtarza się z Mai – Yuuichi wprost mówi jej, że ją kocha. Wyraża to, co prawda słowami „dai suki”, a nie „ai shiteru” – pierwsze tłumaczyć można jako głęboką sympatię, swoiste uwielbienie, podczas gdy drugie nie pozostawia już wątpliwości co do tego, że chodzi o miłość w jej najbardziej romantycznym wymiarze, jednak w japońskim bardzo często „dai suki” wypowiadane między dwójką bliskich sobie osób oznacza właśnie klasyczne uczucie miłości. Wszak do Ayu w pewnym momencie Yuuichi również mówi „dai suki”, a nie „ai shiteru”, co wyraźnie zaakcentowałoby różnicę. „Dai suki” wypowiedziane do Mai to ponownie, jak w przypadku Makoto, wyraz miłości platonicznej, takiej między przyjaciółmi, bez kontekstu seksualnego. Ale raz jeszcze dostajemy obrazek, gdzie widzimy dwójkę bohaterów stopniowo zbliżających się do siebie, obdarzających się ciepłymi uczuciami i troską, wspólnie bawiących się na potańcówce szkolnej – granica wydaje się bardzo cienka. Gdyby Yuuichi został przy Mai chwilę dłużej, widz oczekiwałby przeobrażenia się tej relacji w prawdziwy związek.

Jedziemy dalej i napotykamy Shiori, która już w Yuuichim jest wyraźnie zadłużona, mimo że prosi go, by był dla niej jak starszy brat. Jest to kolejna relacja pseudo-związkowa, w którą chłopak jest mocno zaangażowany. Po zaznajomieniu się z tymi trzema relacjami, wracamy do Ayu i nagle, tak zupełnie ni z gruszki, ni z pietruszki, Yuuichi wyznaje jej miłość i dochodzi między nimi do pocałunku. Jest to przedziwne i w pewnym sensie nie na miejscu. Ilekroć dotychczas widzieliśmy relacje Ayu i Yuuichiego na ekranie, był to układ typowo siostrzano-braterski, Yuuichi ciągle sobie z Ayu żartował, traktował ją jak młodszą siostrę, a ona doskonale się w tę rolę wpisywała – na tle innych związków chłopaka, ten z Ayu wydawał się najbardziej niewinny i pozbawiony kontekstu. Przez zamieszanie związane z Makoto, Mai i Shiori, Yuuichi tak naprawdę nie miał czasu na Ayu, więc rozkwit ich miłości wydaje się tyle nagły, co bezpodstawny. Dlatego trudno jakoś mi było przyjąć do wiadomości, że nagle Yuuichi i Ayu są razem. Sprawy nie ułatwia sama Ayu – jak już wspomniałam, do granic dziecinna. Nie zachowuje się jak 17-latka, a tym bardziej tak nie wygląda. Oczywiście jej dziecinny wygląd, niski wzrost, słodka minka, cienki głosik, wszystko to jest elementem zamierzonym, jednak bardzo źle wpływa na odbiór romantycznej relacji z Yuuichim. Wydaje się, że chłopak nie tylko zakochuje się we własnej siostrze, ale do tego w siostrze o kilka lat młodszej. To tak, jakby finalnym wyborem Okazakiego została Fuko. Bo też właśnie Ayu, jeśli zestawiać ją z bohaterkami Clannad, nie przypomina Nagisy, ale właśnie Fuko. Wątek jest więc co najmniej dziwny.

Kanon magią wyładowany jest po brzegi. I o ile na przykład w przypadku pierwszej historii, a zatem Makoto, wydawało się to jeszcze świeże i urokliwie, o tyle każda kolejna magiczna odsłona fabuły wywoływała we mnie wzrastającą irytację. To anime jest z założenia nastawione na wywoływanie wzruszeń – w pewnych momentach robi to jednak za pomocą dość tanich środków. Zdaje się, że za każdym rogiem czai się smutna, delikatna, umierająca niewiasta, która oprócz tego, że jest smutna i umiera, to jeszcze ma obsesję na punkcie jedzenia. To też mnie zaczęło zastanawiać po pewnym czasie – oznaka jakiegoś niezdrowego kulinarnego fetyszu, czy jak? Ayu i jej taiyaki, Mai i w zasadzie wszystko, co da się zjeść, Makoto i jej pork buns, Shiori i jej obsesja na punkcie lodów (zwłaszcza tych jedzonych na mrozie). To anime po brzegi wypełnione jest jedzeniem i rozmowami o nim :P

Przymykając jednak oko na te detale, Kanon zarzuca nas gromadą słodkich bohaterek, które co prawda może i da się polubić, ale ich zachowania są tak niepojęte, nielogiczne i nienaturalne, że ciężko je na jakiejkolwiek płaszczyźnie zrozumieć. Dziewczyny są szalenie dziecinne – przoduje w tym Ayu, ale reszta gromady też do dojrzałych nie należy. Na to jednak byłam już gotowa, po obejrzeniu Clannad i Air nie spodziewałam się niczego innego. Może właśnie dlatego, że przerobiłam już tego typu bohaterki w dwóch wspomnianych tytułach, przy trzecim podejściu zatraciło to swój urok. Choć w Clannad After Story zrozumiałam, dlaczego Tomoya wybrał Nagisę, to nie mogę powiedzieć, bym jakoś szczególnie ją samą czy ten ship lubiła – zawsze widziałam go z bardziej temperamentną i ogarniętą dziewczyną typu Kyou czy Tomoyo (zresztą, powstanie Tomoyo/Kyou Chapter wyraźnie zdaje się świadczyć o tym, że tak dla fanów, jak i dla twórców, były to dwa „rezerwowe” związki, które najbardziej trzymały się kupy). W Air nie polubiłam żadnej z bohaterek, choć pod koniec serii Misuzu zrobiła się zaiste rozczulająca i wzruszała swoją historią. Z Kanon wyszło jeszcze gorzej – chyba najwięcej mojej sympatii wzbudziła Makoto, a i to w momencie, w którym zaczęła tracić swoje ludzkie cechy i zachowywać się, jak istotka gdzieś na pograniczu rocznego dziecka i małego kotka :P

Podobnie nie przekonał mnie sam Yuuichi, choć wiem, że ogólnie jest to postać bardzo lubiana. Ponownie czkawką odbija się rozpoczęcie od Clannad. Okazaki był doskonały – uważam go za jednego z moich ulubionych bohaterów anime. Złośliwy, inteligentny, ironiczny, ale przy tym wszystkim wrażliwy i dobry. Jego ewolucja pokazana została w sposób doskonały – choć spotkałam się z opiniami negatywnymi a propos jego przemiany i spokornienia w After Story, to sama kompletnie się do tego przyczepić nie umiem, bo moim zdaniem była to w pełni uzasadniona i zrozumiała ewolucja, będąca wynikiem najzwyczajniejszego w świecie dorastania. W pierwszej serii Clannad Tomoya był cudownie złośliwy – w gronie słodkich, dziecinnych panienek tym bardziej uwypuklał się jego pazur. I niby Yuuichi też ma jakieś zakusy na stanowisko przewodniczącego loży szyderców, ale akcenty komediowe pojawiają się na początku, w jego interakcjach z Ayu i Makoto – im dalej w las, tym bardziej z Yuuichiego robi się ciepła klucha. Jego dziwne podejście do wszystkich dziewczyn jest wręcz niepokojące. W każdą wydaje się tak samo zaangażowany – jakby działał na automacie, w związku z czym traci na znaczeniu jego relacja z Ayu.

Co jeszcze można powiedzieć o tym anime? Kreska jest ładna, to bez wątpienia. Tym razem dostajemy zimową scenerię z całymi jej mroźnymi urokami. Projekty postaci są gdzieś tak w pół drogi między Air a Clannad – ładniejsze i mniej zdziwaczałe, niż w tym pierwszym, ale nadal trochę mniej dopracowane, niż w tym drugim. Osobiście lubię ten typ animacji – chudziutkie, drobniutkie dziewuszki z oczami na pół twarzy, niezaprzeczalny sentyment po Sailorkach. Trochę szpetne wydawały się mi mundurki w szkole Yuuichiego – tak dla dziewczyn, jak dla chłopców. Chociaż faktem jest, że nawet te dziwaczne płaszczyki z wielkimi kokardami są lepsze od tych tragicznych ciężkich kreacji, które nosiły bohaterki Air. Ponownie – sytuacja w sposób stanowczy poprawia się w Clannad. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej przekonuję się o tym, że Air i Kanon były niczym kolejne próby przed właściwą premierą, jaką okazał się Clannad – w tym ostatnim wszystko wydaje się być lepsze: bohaterki, męski protagonista, rozegranie fabuły, równowaga między okruchami życia a magią, kreska, nawet te głupie mundurki. To bardzo dobrze świadczy o studiu odpowiedzialnym za produkcję całej trylogii – z każdego tytułu wychodzą bogatsi o nowe doświadczenia i nową wiedzę, każdorazowo pracują nad udoskonalaniem swoich pomysłów.

Ogólnie więc Kanon ani tragicznie zły nie jest, ani jakoś wybitnie dobry. Ot, seria na nudę dla osób z wysokim progiem odporności na cukier ;)

Reklamy

6 responses to “Kanon – w moim kanonie raczej nie zagości

  1. Z całej tej „trylogii” Clannad zdecydowanie wypada najlepiej, ale Kanon jakoś szczególnie mu nie ustępuje. Estetyka jest bardzo podobna w obu seriach – trochę smutna, trochę romantyczna opowieść o dziewczynach i ich specyficznych związkach z głównym bohaterem. Całość jest przesłodzona, a charaktery postaci są mocno przerysowane, jeśli kogoś irytują dziecinne i nienaturalne zachowania bohaterek to najprawdopodobniej nie spodoba mu się ani Air, ani Clannad, ani tym bardziej Kanon. Ja mam jednak „wysoki próg odporności na cukier” (wyjątkowo trafne stwierdzenie ^^) i cenię sobie wszystkie 3 tytuły, a jeśli miałbym je jakoś uporządkować to Kanon wylądowałby na drugim miejscu. Naprawdę można dać się ponieść temu ulotnemu (choć może czasem zalatującemu tandetą), magicznemu klimatowi, bohaterki można polubić jeśli wybaczy im się pewne manieryzmy, a czasem można się wzruszyć. Sam z czystym sumieniem polecam miłośnikom obyczajówek zarówno Clannad jak i Kanon.

    • W takim razie nasza hierarchia tej trójki przedstawia się chyba podobnie, gdyż też na pierwszym miejscu plasuje się u mnie Clannad, a dalej dopiero Kanon i Air. Rożnicę między Clannad a Kanon odczuwam tak mocno chyba ze względu na to, że ten pierwszy traktuję jako jedność z jego kontynuacją. Pewnie i sam Clannad oceniałabym trochę słabiej, gdyby nie After Story, który w znaczący sposób zmienił wydźwięk całej historii. Oczywiście w kontynuacji było jeszcze więcej zalatujących tandetą, a nawet melodramatem chwytów, ale podobało mi się, że zdecydowali się wyeksponować wątek dojrzewania Tomoyi i jego wchodzenia w dorosłe życie oraz kwestie rodzinne. Pewnie gdybym Kanon obejrzała jako pierwszy, zrobiłby na mnie bardzo dobre wrażenie, bo faktycznie można dać się ponieść magicznemu klimatowi budowanemu przez Key, ale przez to, że za każdym razem używają podobnych chwytów, a bohaterki są właściwie nieustannie powtarzanymi kalkami, za którymś razem poczucie urokliwości znacznie spada ;) Niemniej jednak dla tych, którzy lubią ten gatunek, wszystkie trzy tytuły powinny być dużą frajdą :)

      A poza tym, dzięki za odwiedziny :)

  2. Widziałam Air i Clannad, ale prawdę powiedziawszy obie seria mnie wynudziły. Co prawda szczerze płakałam na Clanadzie, ale jednak przez cała pierwszą serię się nudziłam. Kiedyś miałam w planach zobaczyć i Kanon, które swego czasu było przez wszystkich chwalone, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Twoja recenzja jeszcze raz zniechęciła mnie do podjęcia tego wyzwania, które wydaje się być dla mnie wyzwaniem karkołomnym, bo niemożliwym do przejścia. Poza tym zaczęłam dochodzić do wniosku, że jednak preferuje starszych bohaterów w anime, bo widziałam już tak wiele kreskówek z nastolatkami, że właściwie nic nie jest mnie już w tej materii zaskoczyć. No i muszę przyznać się do czegoś za co wielu pewnie mogłoby mnie powiesić, ale ja szczerze nie znoszę tej „keyowskiej” kreski w której każda postać ma spłaszczoną twarz i ogromne oczy.

    Poza tym masz bardzo ładny styl pisania, a Twój blog sprawia bardzo miłe wrażenie :)

    • Wydaje mi się, że Clannad jako całość właśnie bardzo zyskał dzięki drugiej serii – może wszystkie te sceny Okazakiego z córeczką nie były szczególnie wyrafinowanymi chwytami, ale jednak mocno łapały za serca i wyciskały łzy z oczu ;) Ja właśnie oceniam Clannad tak dobrze przez pryzmat dwóch serii wziętych do kupy – sama pierwsza urzekła mnie poczuciem humoru i świeżością (była to jedna z pierwszych tego typu haremówek, z którymi miałam do czynienia), ale dopiero druga zagrała mi poważnie na emocjach. Ale zdecydowanie, jeśli miałaś problemy z Clannad i Air, nie ma co łapać się za Kanon, bo to w zasadzie powtórka z rozrywki – dla jednych na trochę lepszym, dla innych na trochę gorszym poziomie, co pozostałe dwa tytuły.

      I jest w tym sporo racji, że anime o nastolatkach z reguły zahaczają o podobne kwestie, promują podobne typy postaci i nie zawsze porywają się na poważne traktowanie ich psychologii. Taki ich urok – lekkość, humor i naiwność ;) Aczkolwiek miałam ostatnio do czynienia z dwoma „nastoletnimi” tytułami, które bardzo miło mnie w tej kwestii zaskoczyły i choć opowiadają o 15-17-latkach, to przeznaczone są dla nieco starszej grupy wiekowej – Sakamichi no Apollon (o którym bliżej planuję napisać w tym tygodniu) i Chihayafuru. Te tytuły jak najbardziej napawają mnie wiarą w to, że można opowiadać o nastolatkach w sposób naprawdę dojrzały :)

      Hahaha, fakt, „keyowska” kreska jest specyficzna. Kwintesencja tego, z czym od najmłodszych lat kojarzyły mi się kreskówki japońskiej – wieeeeeeelkie oczy, przedziwne fryzury i niedorzecznie szczupłe nóżki :D Wcale się nie dziwię, że wiele osób takiej animacji nie lubi, choć sama, tak jak mówię, mam chyba jakiś niezdrowy sentyment po Sailor Moon, bo nadal żywię słabość wobec takich projektów postaci ;)

      I dziękuję za miłe słowa – bardzo się cieszę, że blog robi dobre wrażenie :)

  3. Witam koleżankę :) Ja też dorzucę tu swoje trzy grosze. Ze świętej trójcy Key’a widziałam Air, obie części Clannadu i połowę Kanonu ( -a?) sama nie wiem jak to odmienić. I tak, numerem jeden jest dla mnie bez wątpienia After Story za to, że złamało mi serce na drobne kawałeczki i bezlitośnie zdeptało 18 odcinkiem. Byłam po nim wrakiem człowieka, na szczęście finał mi to wynagrodził.
    Miejsce drugie dumnie dzierży Air, przede wszystkim za postać Misuzu – rzadko którą bohaterkę pokochałam tak mocno jak ją. Cała historia mocno mnie przygnębiła i to pewnie jest głównym powodem tego, że nigdy nie będzie na pierwszej pozycji. Lubię takie przedramatyzowane anime, ale jednak happy end to coś, co zawsze cieszy mnie najbardziej :)
    Potem jest pierwsza część Clannad. W dużej mierze to zasługa płaczącej Nagisy, która rewelacyjnie podnosiła mi ciśnienie swoim bezsensownym snuciem się po korytarzach i marudzeniem. Nie lepsza była Fuko-rozgwiazda z denerwującym głosikiem i mózgiem pięciolatki. Gdyby nie Okazaki i rodzice Furukawy pewnie przeklinałabym twórców tegoż dzieła.
    Co zaś tyczy się Kanon… mam to anime na dysku, nie ściągnęłam wszystkich odcinków ale jakoś nie mogę się przemóc by obejrzeć je do końca. Chyba przeszarżowałam z dawką słodkości bo zaczęłam oglądać go krótko po ukończeniu AS, a jak wiadomo cukier w nadmiarze szkodzi ^_^. Stanęłam na bodajże 8 epizodzie, gdy akcja koncentrowała się na Makoto i wiem jedno – nie lubię Ayu. To typ bohaterki powodującej spustoszenie w moim organizmie. Takie dziwne coś, już po stokroć wolę ta śpiącą kuzyneczkę głównego bohatera – jest słodka. Jak tak czytałam sobie Twoją recenzję to szczerze nabrałam ochoty na dokończenie seansu, chyba będę musiała się przemóc, bo tak jakoś nie wypada nie znać wszystkich flagowych produkcji Key’a. Także poniekąd dziękuję za zmobilizowanie mnie do przebrnięcia przez serię, pozdrawiam serdecznie i pisz dalej, bo lubię Cię czytać :))

    • Tak, tak! 18 odcinek After Story! To dokładnie ten moment, w którym, jak dla mnie, każdy człowiek wyposażony w jako tako odczuwające serce, zalewa się łzami – scena w tym polu kwiatów z Okazakim i Ushio to chyba mój numer jeden, jeśli chodzi o animowane sceny, przy których zanoszę się płaczem ;) Zresztą to ze względu na dojrzewającego Tomoyę i jego późniejszą relację z córką, tak wysoko cenię After Story i przez to Clannad w ogóle. Masz rację – w pierwszej części Nagisa doprowadzała do szału, zwłaszcza w ostatnich odcinkach i wydawało mi się to strasznie naciągane, że Okazaki wybrał właśnie ją, kiedy miał przy sobie charakterne i naprawdę ciekawe dziewczyny pokroju Kyou czy Tomoyo. No ale jakoś w drugiej serii to przebolałam – Nagisa do końca była ciepłą kluchą, ale chyba chodziło też o to, że potrafiła dać Tomoyi całą tę miłość i rodzinne ciepło, którego nie uświadczył we własnym domu. Jakoś to w końcu kupiłam ;)

      Co do Air, Misuzu była takim najjaśniejszym punktem tej serii. I właściwie tylko ją w Air polubiłam. W ostatnich odcinkach, kiedy już była tak chora i bezbronna, naprawdę wzruszała – w przeciwieństwie do pozostałych bohaterek, których problemy wydawały mi się na siłę udziwnione.

      A w Kanonie wątek Makoto w pewnym sensie przypominał mi Misuzu – obie dziewczynki w podobny sposób się „cofały” – wraz z postępem „choroby” coraz bardziej przypominały bezbronne dzieci, potrzebujące mnóstwa miłości i ciepła. Myślę, że dlatego właśnie wątek Makoto w Kanonie jako tako jeszcze mi się podobał.

      A z tym mnie zaskoczyłaś, że moja recenzja rozbudziła w Tobie chęć powrotu do serii ;) Ja ją właściwie do końca zmęczyłam też w myśl zasady, że „wypada znać” ;) A skoro już teraz Ayu nie lubisz, to prawdopodobnie się to nie zmieni – niby w ostatnich odcinkach jest jakaś próba zrobienia z niej poważnej bohaterki, ale w ogólnym rozrachunku, przez całą serię przypominała mi kalkę Fuko z Clannada (chociaż w sumie to Fuko jest kalką Ayu, jako że ta była pierwsza) – ten sam poziom dziecinady, ale w sensie irytującej infantylności, a nie wzruszającej bezbronności, jak u Misuzu czy Makoto. W Kanonie im niestety bardzo z główną bohaterką nie poszło. Ale, jeśli faktycznie zdecydujesz się na dokończenie seansu, koniecznie daj potem znać, jakie są Twoje wrażenia :)

      Dzięki za odwiedziny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s