Jesień 2012 – pierwsze wrażenia (cz.1)

Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone, jak rzekł pewnego razu mój ulubiony mistrz ciętej riposty – Mark Twain :> Ponad dwumiesięczny brak aktywności na blogu mogę tłumaczyć wyłącznie kompletnym i porażającym brakiem czasu wolnego, który uniemożliwił mi nie tylko pisanie, ale też samo oglądanie kolejnych serii. Niemniej postanowiłam coś z tym zrobić – a rozpoczęcie jesiennego sezonu telewizyjnego uznałam za świetny pretekst do powrotu do świata anime :)

Tegoroczna jesień obfituje w nie tylko liczne, ale i ciekawe (przynajmniej w założeniu :P) premiery. Na celownik wzięłam sobie aż 8 tytułów – ilość, jak dla mnie zawrotna – które zaczęłam lub wkrótce zacznę poznawać. Na pierwszy ogień pójdą 4 serie, z których obejrzałam już po kilka odcinków. Wpis będzie tematyczny, gdyż przyjrzę się anime, które choć w szczegółach różne, wychodzą z jednego podstawowego konceptu – ona, on i ich życie szkolne :P A zatem, moje pierwsze wrażenia z Chuunibyou demo Koi ga Shitai!, Sukitte Ii na yo, Tonari no Kaibutsu-kun oraz Robotics;Notes.1. Chuunibyou demo Koi ga Shitai!O czym to jest: Yuuta Togashi cierpiał w gimnazjum na tzw. „chuunibyou”, swego rodzaju „chorobę”, przez którą przechodzą dorastający nastolatkowie (okres buntu, przesadna nieśmiałość, etc.). Skończył jednak szkołę i wydawało mu się, że w ten sposób zostawił za sobą swoją gorzką przeszłość… niestety rzeczywistość okazała się trochę inna. Na początku liceum wszystko szło jak z płatka, a on przeżywał prawdziwą wiosnę młodości – przynajmniej do momentu, kiedy miało miejsce pewne smutne lecz nieuniknione wydarzenie. Doprowadziło ono do podpisaniu kontraktu pomiędzy Yuutą, a Rikką Takanashi i zburzenia jego spokojnego życia, którego tak desperacko pragnął. (za Animezone.pl)

Liczba obejrzanych odcinków: 5

Pierwsze wrażenia: Nie ukrywam, że do zapoznania się z tytułem zachęciła mnie wiadomość o tym, z jakiego studia owa seria wyszła. Kyoto Animation ma u mnie bardzo mocny kredyt zaufania po obu seriach Clannadu. Air i Kanon nieco zachwiały moją pełną superlatyw opinią, niemniej nadal wierzę w możliwości tego studia – tym bardziej, że niedawno zaczęłam też oglądać Hyoukę, która póki co wydaje mi się mocno urzekająca :) Kyoto Animation kusi mnie przede wszystkim soczystą i prześliczną kreską. Daleką drogę przebyli od czasu pierwszego Kanonu i dziś ich produkcje pod względem graficznym w pełni trafiają mi do gustu. Co ciekawe jednak Chuunibyou…, choć jest bardzo w stylu Kyoto Animation (do tego stopnia, że Yuuta i Oreki ze wspomnianej Hyouki wydają się rozdzielonymi za młodu braćmi bliźniakami :>), mocno pachnie mi też poprzednią serią, o której pisałam jeszcze latem, a mianowicie Madoką. Choć postaci w Chuunibyou… nie są jakoś mocno zdeformowane, to jednak zahaczą nieco o styl chibi, który tak bardzo drażnił mnie w pierwszym kontakcie z Madoką. Idąc dalej – sceny walki, które w Chuunibyou… odbywają się co prawda tylko w wybujałej wyobraźni fanatycznych bohaterek, przywodzą na myśl bardzo silne skojarzenia z magicznymi atakami Madoki: styl walki, ale przede wszystkim atrybuty, w tym olbrzymie działa, tarcze… Bardzo to madokowe ;) Na tym oczywiście podobieństwa się kończą, gdyż Chuunibyou… to póki co sam cukier, lukier i ciasteczka. Wszystko jest mega słodkie, przesycone kolorami, pełne uroku. Bohaterki są dziecinne do granic – kolejne następczynie Fuko czy innej Ayu. Rikka nawet posiada charakterystyczną antenkę na głowie, która tak silnie kojarzy się z Nagisą. Tak naprawdę ta seria nie jest dobra – jest wtórna do bólu. Nie ma w niej nie tylko nic, czego ogólnie w anime byśmy nie widzieli, ale jest też niewiele, czego samo Kyoto Animation już by nie pokazało. Tyle, że cała ta subtelna warstwa magiczna, którą epatowała święta trójca KA, jest tutaj raczej wyśmiewana i potraktowana jako zaburzenie emocjonalne charakterystyczne dla wieku nastoletniego. Co można policzyć tej serii na plus to spore poczucie humoru, które się z niej sączy. Co prawda nie bawią mnie wpadki samej Rikki, bo i nie jestem fanką tego typu bohaterek, naiwnych i głupich do granic możliwości. Ale już Yuuta, zwłaszcza w chwilach, gdy wije się z cierpienia na wspomnienie swoich gimnazjalnych odchyłów, potrafi skłonić mnie do szczerego uśmiechu ;) Trudno mi sobie wyobrazić, by ta seria zmierzała finalnie w kierunku jakiegokolwiek romansu między tą dwójką bohaterów – choć to by sugerował chociażby opening. Niemniej wydaje mi się, że to anime jest zwyczajnie zbyt dalekie od choćby najmniejszej dawki powagi, której wymagałby wątek romantyczny. Seria ma mieć tylko 12 odcinków, więc tak naprawdę te moje pierwsze wrażenia, to już wrażenia prawie po połowie serii, która wydaje się też zbyt krótka na jakąkolwiek bardziej złożoną fabułę. Ot, taka opowiastka z luźnych przygód licealnego grona przyjaciół. A skoro już przy tym gronie jesteśmy, to reszta bohaterów nie wypada szczególnie dobrze. Sanae jest kompletnie stuknięta, co sprawia, że jeszcze ostatecznie można się nią zainteresować. Kumin zasadniczo tylko śpi – nie, żebym sama chętnie nie przystąpiła do takiego „Nap Club”, ale jeśli chodzi o potencjał postaci to jest on żaden. Shinka to czysty fanserwis z tym jej gigantycznym biustem i strojem cheerleaderki. Do tego ta kretyńska spinka tkwiąca, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, w jej grzywce. Ogólnie nie jest tragicznie źle, ale dobrze – wcale.

Ocena: 2,5/5

Werdykt: Raczej oglądać będę. Bo ładne i dość zabawne. Jeśli poziom drastycznie nie spadnie, myślę, że dam radę dociągnąć jeszcze te 7 odcinków. Niemniej zdecydowanie nie jest to najmocniejsza pozycja tego sezonu.
2. Sukitte Ii na yoO czym to jest: Mei Tachibana spędziła 16 lat swojego życia bez chłopaka ani przyjaciół. Pewnego dnia, z powodu nieporozumienia, najpopularniejszy chłopak w szkole, Yamato Kurosawa, obrywa od niej kopniakiem z półobrotu. Jednak z jakiegoś dziwnego powodu wcale się na nią za to nie obraża – wręcz przeciwnie, chce się z dziewczyną zaprzyjaźnić! Pierwszy przyjaciel Mei (choć na razie tylko samozwańczy) przyda się jej dość prędko, kiedy będzie potrzebowała pomocy w pozbyciu się prześladowcy. Kto by jednak przypuszczał, że metodą owego ratunku okaże się pocałunek?! (za Animezone.pl)

Liczba obejrzanych odcinków: 5

Pierwsze wrażenia: Nie ukrywam – lubię takie serie. Już po pierwszych zapowiedziach sezonu jesień 2012 wiedziałam, że będzie to dla mnie pozycja obowiązkowa. Romans szkolny, w pół drogi między naiwnym shoujo, a skomplikowanym josei. Liczyłam na coś w stylu Bokura Ga Ita. Trochę się przeliczyłam, choć nie jakoś potwornie ;) Sukitte Ii na yo w przeciwieństwie do Chuunibyou… jest całkiem na poważnie, brak w tym jednak oryginalności. Ponownie mamy do czynienia z dość wtórną i przewidywalną historią, która, jak sądzę, nie zaskoczy aż do samego końca – nieśmiała outsiderka przyciąga uwagę najpopularniejszego chłopaka w szkole. Ile razy to już było? :P Prawda jest jednak taka, że o ile postaci są dobrze zbudowane, jestem w stanie przełknąć taką wtórność. Ale nim o tym, co w środku, chwila o tym, co na zewnątrz. Po plakatach promocyjnych wydawało mi się, że Sukitte… będzie miało bardzo ładną kreskę. No i może nie jest ona najgorsza, ale mnie osobiście się nie podoba. Jakoś tak trąci pierwszą połową lat 90. Do tego Kurosawa, który ma niby być nastoletnim bożyszczem, jak dla mnie jest po prostu szkaradny. Choć na plus trzeba policzyć, że zmiany w wyglądzie Mei, o których mówi się po tym, jak wychodzi na jaw, że zaczęła się spotykać z Kurosawą, są faktycznie widoczne – jakoś z odcinka na odcinek lepiej ją rysują :P Sama animacja jest dość słaba – nie wiem, czy to kwestia budżetowa, czy raczej próba budowania odpowiedniego klimatu. Jakoś szczególnie by mi to nie przeszkadzało, gdyby postaci były bardziej dopracowane – a tak, widać, że nie jest pod tym względem wybitnie. Co do treści – jak już powiedziałam, wtórność. Na szkodę serii działa też fakt, że ma mieć jedynie 13 odcinków. Wydaje mi się, że to z tego powodu wszystko jest tak pogonione. Pierwszy odcinek, który kończy się pocałunkiem Mei i Kurosawy jeszcze jest ok – bo takie było założenie, tak postanowił odstraszyć jej prześladowcę. Niemniej od drugiego odcinka, który również kończy się serią pocałunków i intymnych wyznań, zaczyna się jakaś z lekka nieprawdopodobna gonitwa. Mei przemienia się pod wpływem Kurosawy błyskawicznie. Już w 5. odcinku prawi morały o tym, jak to warto otwierać się na ludzi, jak to odpowiednia osoba może zmienić sposób patrzenia na świat. Strasznie szybka przemiana światopoglądowa, jak na dziewczynę, która przez 16 lat swojego życia zdobyła tylko dwa numery do swoich telefonicznych kontaktów. Dziwny też jest sposób, w jaki Kurosawa traktuje Mei. Trudno właściwie zrozumieć, na czym zbudowana jest ta „miłość” – patrząc na to obiektywnie, Yamato goni za Mei tylko dlatego, że ona nie pogoniła za nim i że na tle wszystkich śmiałych, uśmiechniętych i otwartych dziewczyn, ona jest niczym przybysz z kosmosu. Może to i dość, by się zainteresować, ale ponownie – jakoś to strasznie pędzi. Kolejna trochę naciągana rzecz – każda z postaci musi mieć na swoim koncie jakiś gigantyczny życiowy dramat. I żeby to jeszcze faktycznie był życiowy dramat – niestety często jest to jakiś bzdurny problem, który zostanie rozdmuchany do granic możliwości, wydawać by się mogło, tylko w celu by na siłę podkreślić głębię postaci, a wraz z nimi całej serii. Dość prymitywny chwyt. Dramat Kurosawy, który tak stanowczo odmienił jego osobowość wydaje się po prostu głupi – wyrzuty sumienia, które przeżywa w związku z nieudzieleniem wsparcia prześladowanemu w gimnazjum koledze, rozdmuchuje do takiego stopnia, że wydaje się wręcz, iż był jednym z oprawców i niemalże sam owego kolegę skatował na śmierć. Kiedy pokazuje Mei ślad na ścianie budynku powstały po tym, jak wściekły na samego siebie uderzał w nią pięścią, aż do wybicia dziury w drewnie – wszystko to jest jakoś nędznie naciągane. Nawet około 12-letnia siostra Kurosawy cierpi na głęboką depresję i nie wychodzi z domu, dlatego, że okazało się, iż kilka jej koleżanek trzymało się z nią dla kasy i jej pięknego domu, a nie jej charakteru. Powtarzam, każdy musi mieć dramat – zupełnie, jakby bez niego nie był pełną i przekonującą postacią. To trochę naiwne podejście.

Ale… :) Kończąc litanię wrzutów na to anime, muszę przyznać, że całkiem przyjemnie mi się je ogląda ;) Jak już pisałam, lubię takie historie i taki klimat – byleby to tak bardzo nie goniło. Ładne są przemyślenia, które rozbudzają się w Mei, na skutek jej relacji z Kurosawą. Ma to w sobie jakąś subtelność i urok. Ogólnie seria jest nawet przyzwoita.

A, no i bardzo podoba mi się – w sensie muzycznym – opening :) Klimat w sam raz dla takiej serii.

Ocena: 3/5

Werdykt: Będę oglądała. Raczej na 100% dokończę te serię. Przypuszczam, że utrzyma poziom, gdyż takie historie mają to do siebie, że idą umiarkowanie równomiernym tempem i stylem. To chyba zresztą jedyny taki romans na poważnie w tym sezonie, więc tym bardziej chętnie włączę go do swojej listy.
3. Tonari no Kaibutsu-kunO czym to jest: Shizuku Mizutani, to taki typ osoby, który dba tylko i wyłączenie o swoje oceny i nic poza tym. Jednak pewnego dnia zostaje wyznaczona do dostarczenia Haru Yoshidzie, który od czasu bójki w pierwszy dzień roku szkolnego nie pojawił się na lekcjach, zaległych notatek z zajęć. Po tym miłym w oczach chłopaka geście, staje się on przekonany, że są oni przyjaciółmi – bo w końcu przyjaciele tak robią prawda? Pożyczają sobie zeszyty w razie choroby i inne takie. Haru, mimo złej reputacji w szkole, okazuje się mieć bardzo naiwną i niewinną osobowość, któż więc mógłby przypuszczać, że wyzna on miłość Shizuku? (za Animezone.pl)

Liczba obejrzanych odcinków: 5

Pierwsze wrażenia: Póki co seria sezonu :) Ma w sobie niezaprzeczalny urok i wnosi nawet spory powiew świeżości, biorąc pod uwagę, że to seria szkolna o zabarwieniu romantycznym. Najmocniejszą stroną tego tytułu są rewelacyjnie zbudowane postaci. Shizuku na pierwszy rzut oka wydaje się taką klasyczną outsiderką ze szkolnego anime, która tylko czeka aż jakiś nastoletni bizon odmieni jej życie. Jeśli jednak poświęcimy jej dłuższą chwilę, okazuje się, że choć trzyma się z dala od kolegów z klasy i nie jest w żaden sposób zaangażowana w życie towarzyskie, to nie jest to wynikiem dziecięcej traumy i społecznej banicji, na którą skazana została wbrew swej woli. Shizuku jest silna i niezależna – ma w nosie swoich kolegów z klasy. Outsiderstwo jest jej świadomym wyborem, z którego jest zadowolona. Oczywiście, gdy w jej życie wkracza Haru sporo się zmienia, ale i tak Shizuku nie traci pewności siebie i nie zmienia swojego charakteru ze względu na chłopaka. To ciekawe i dość nieszablonowe podejście do bohaterki serii shoujo. No i mamy też Haru, który już kompletnie do schematów nie przystaje. Nie jest ani typem popularnego casanovy, ani szkolnego lesera, ani noszącego smutną zadrę w sercu Wertera. Haru jest inny. Po prostu inny. Nieprzewidywalny, z jakiegoś powodu kompletnie nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, nieświadomy najbardziej podstawowych norm i zwyczajów. Z jednej strony brutalny, z drugiej naiwny jak dziecko. Haru jest mieszanką wybuchową, która fascynuje od pierwszej chwili i nie przestaje wzbudzać zainteresowania ani na moment. Niby natychmiast, już w pierwszym odcinku, wyznaje Shizuku miłość, ale ma się to kompletnie nijak do klasycznej romantycznej miłości nastoletniej, bo kiedy i ona przyznaje, że uczucie to odwzajemnia, on wprost mówi, że on w niej w taki sposób nie jest zakochany. A jednak jego przywiązanie, wręcz bezwzględna wierność i pierwszeństwo, które przyznaje Shizuku, jest ujmujące. Co ciekawe, nawet drugi plan prezentuje się tutaj nieźle – mam dokładnie na myśli Natsume, która miała świetne wejście w serię. Śliczna jak z obrazka i w pełni świadoma swego oddziaływania na chłopców, nie jest jednak typową lolitką z wielkim biustem. Nie jest ani typem słodkiej kokietki, ani nawet groźnej tsundere. Jest totalnym geekiem, który nie potrafi sobie zjednywać ludzi w realu i dlatego sięga do znajomości internetowych. Jej postać jest doskonałym hołdem dla stale rosnącej grupy nolife’ów, którzy zamiast spotykać się po szkole ze znajomymi, wracają do domu do swojego wirtualnego świata i spędzają godziny na Twitterze, Tumblerze czy innych forach tematycznych. Jest też intrygujący blondynek Kenji, który choć nie odcisnął jeszcze wyraźnego piętna na fabule, w jakiś sposób mnie intryguje i wietrzę większą jego rolę w kolejnych odcinkach. No i nie zapominajmy o Yuuzanie, bracie Haru, który już za samo to, że głosu użycza mu cudowny Yuuichi Nakamura, pozyskał sobie moją sympatię. Po zaledwie kilku słowach poczułam już przypływ ciepłych uczuć – trudno mi sobie wyobrazić, że Nakamura miałby podkładać głos postaci, której bym nie polubiła :P Oglądając Tonari… cały czas zastanawiam się, o co tu właściwie chodzi – dlaczego Haru jest taki, jaki jest – zupełnie jakby przez całe życie był chowany przez wilki, a nie ludzi :P Jakby w życiu nie miał kontaktu z ludźmi. Przedziwna postać, która nakręca całą tę serię – choć oczywiście i Shizuku dodaje jej niewątpliwych zalet. To anime jest czymś pośrodku między kompletną lekkością i brakiem powagi z Chuunibyou… a podejściem serio z Sukitte… . I bardzo mi się to podoba, bo równoważenie komedii z okruchami życia wychodzi tu bardzo smacznie. Jest mnóstwo naprawdę śmiesznych gagów, ale nie brakuje też podszytych powagą relacji między głównymi bohaterami.

Co do grafiki, bo zapomniałam o niej wspomnieć – bardzo mi do gustu i przekonania trafia. Opening co prawda może powodować napady drgawek i oczopląs, ale nasycenie kolorami samej serii jest bardzo apetyczne. Scenerie są stosunkowo ciekawe, a animacja wręcz wibruje. Widać, że graficy przyłożyli się do szczegółów. Projekt postaci Haru jest bardzo wtórny, ale nie dodam tutaj „niestety”, gdyż zwyczajnie podoba mi się ten typ męskiej postaci. Z kolei Shizuku jest dość ciekawa i wyróżniająca się ze swoimi rudymi kucykami i babciną garderobą, którą nosi wtedy, gdy nie ma na sobie mundurka ;)

Ocena: 4/5

Werdykt: Jest dobrze, a w odniesieniu do tego, co już widziałam tej jesieni, powiedziałabym, że jest świetnie. Zdecydowanie oglądam do końca, każdorazowo zadając sobie przy tym pytanie – dlaczego, ach dlaczego tylko 13 odcinków??
4. Robotics;NotesO czym to jest: Niedaleka przyszłość. Bardzo popularne na świecie stają się urządzenia nazywane PokeCom, wyposażone w system operacyjny PhoneDroid, które sprawiają, że Rzeczywistość Rozszerzona (rzeczywistość wirtualna stworzona z połączenia prawdziwego i wirtualnego świata) jest praktycznie na wyciągnięcie ręki. W międzyczasie w Liceum Chuuoutanegashima, Klubowi Robotyki grozi likwidacja. Kaito Yashio, jeden z dwóch członków owego kółka, ma kręćka na punkcie gier-bijatyk z robotami w roli głównej i kompletnie się nie przejmuje złą sytuacją. Co innego jednak myśli lekkomyślna i beztroska szefowa klubu, Akiho Senomiya – za wszelką cenę stara się zbudować wielkiego robota, a tym samym uratować swój ukochany klub od zamknięcia. Jednego dnia Kaito przydarza się coś dziwnego – odkrywa dziwną adnotację dotyczącą Rzeczywistości Rozszerzonej, która później jest znana pod nazwą Raportu Kimishimy. Dokumenty te zawierają oskarżenia przeciwko komuś o imieniu Kou Kimishima oraz informacje o rzekomej konspiracji, która dotyczy całego świata! (za Animezone.pl)

Liczba obejrzanych odcinków: 2

Pierwsze wrażenia: Póki co najsłabsza z serii, z którymi się zapoznałam. Nudzi mnie niezmiernie. I to właśnie ona dostała 22 odcinki! To się nazywa złośliwość losu. Obejrzałam raptem 2 odcinki, na tym etapie jednak wcześniej omawiane serie czymś mnie już zaintrygowały. Z Robotics;Notes tego nie mam. Po pierwsze – kolejna opowieść o szkolnym klubie, któremu grozi likwidacja. Jak wtórna może być wtórność? Po drugie – postaci. Na razie przedstawione zostały 2, maksymalnie 3. Aki jest i może sympatyczna i pełna entuzjazmu, ale przy tym wszystkim jakaś taka nudna i przeciętna. Z Kaiem jest jeszcze gorzej – nic nowego nie ma w męskim bohaterze, który na początku serii wydaje się zblazowany, jednak z czasem odkrywa w sobie pokłady jakiejś głębi i życiowej motywacji. Ale z reguły cokolwiek nam sygnalizuje, nawet w pierwszym odcinku, że taki bohater ma potencjał. Kai tymczasem jest, jak dla mnie, z tego potencjału wyprany w stopniu całkowitym. Nudny i skrajnie leniwy. Gotowy by coś dla kogoś zrobić, tylko pod warunkiem, że ów ktoś najpierw wygra z nim w jego ulubioną grę wirtualną. Na pewno jest jakiś głębszy powód, dla którego Aki i Kai, tak różni od siebie i na pierwszy rzut oka nie mający ze sobą nic wspólnego, są przyjaciółmi, ale na tym etapie nawet nie jestem go ciekawa. Kreska też zupełnie mi się nie podoba, a roboty, które Aki buduje (lub stara się budować) są po prostu szkaradne.

Ocena: 1,5/5

Werdykt: Może dam temu jeszcze 1-2 odcinki, ale nawet tego nie jestem pewna. Oczywiście seria 20-kilkuodcinkowa rozwija się wolniej, niż te mające po 12-13 epizodów, stąd pewnie z czasem i tu się zrobi ciekawiej – sugeruje to już nawet opis serii zawierający wzmianki o jakiś ogólnoświatowych spiskach, których po 2 odcinkach nawet zarys się nie wyłonił. Nie sądzę jednak bym przekonała się do tej serii. Dla mnie najważniejsze są postaci – jeśli bohater mnie zaintryguje jestem w stanie przetrwać z nim nawet najbardziej żenującą fabułę. Tutaj niestety ani Aki, ani tym bardziej Kai nie wzbudzili mojej sympatii i zainteresowania. Dlatego nie daję temu tytułowi szans i na chwilę obecną przewiduję, że porzucę go bezpowrotnie.

No i to tyle w pierwszym podejściu do sezonu jesień 2012 :) Następny wpis to przymiarka do kolejnych 4 tytułów, tym razem niemających już nic wspólnego ze szkolnym romansem, shoujo czy okruchami życia: Code:Breaker, K, Zetsuen no Tempest i Shinsekai yori. Nie ukrywam, że najwięcej spodziewam się po tym ostatnim. Czas pokaże…

Reklamy

5 responses to “Jesień 2012 – pierwsze wrażenia (cz.1)

  1. Na wstępie zaznaczę, że za „Chuunibyou demo Koi ga Shitai!” nawet się nie zabrałam i nie planuję już tego zmieniać. Po „Another” stwierdziłam, że nie zacznę oglądać już żadnej serii w której występuje dziewczyna z opaska na oku ;)

    Miło jest przeczytać, że jest ktoś kto nie podchodzi całkowicie bezkrytycznie do „Sukitte Ii na yo”. Do tej pory większość przeczytanych przeze mnie opinii wyrażała szczery zachwyt tą serią, a ja niestety nie mam podobnych odczuć w tej kwestii. Przede wszystkim cała historia jest jak dla mnie nadmiernie mdła i klimatyczna. Uwielbiam spokojne i klimatyczne serie, ale oprócz klimatu muszą mieć one jakąkolwiek fabułę. Szczególną niechęcią darzę shoujo w stylu „Kimi ni Todoke” w którym przez 26 odcinków dziewczyna i chłopak próbowali do siebie „dotrzeć” (co gorsze zakończyło się to niczym i zrobili jeszcze jedną serię). Dziewczyna była taka sama jak Mei – nieśmiała, cicha i wyobcowana. Nie miała przyjaciół itd. No i oczywiście zwrócił na nią uwagę najfajniejszy chłopak w szkole. Też miał szaloną „fankę” kochającą go od bardzo dawna zaprzyjaźniającą się ostatecznie z jego ukochaną. Znajomość tamtego tytułu sprawiła, że jeszcze bardziej krytycznie podeszłam do „Sukitte Ii na yo”. Mimo wszystko uważam, że to anime jest jeszcze gorsze. Nie chodzi nawet o fabułę, bo w obu przypadkach jest taka jaka jest (cóż taki urok shoujo), ale o bohaterów. Już dawno żadne postacie nie budziły we mnie takiej agresji :D szczególnie Kurosawa, który chyba cierpi na rozdwojenie osobowości i ma problem z ocenieniem własnego zachowania. Od odcinka z kotkiem w roli głównej, w którym zachowywał się jak nierozgarnięta, szalona nastolatka pytając czy ktoś chce zdjęcia kociaka pomyślałam, że to jedna z najdziwniejszych postaci w anime (oczywiście w kategorii anime odznaczających się pewną realnością, jeśli można tak powiedzieć). Dla mnie to średnie anime, ale zawsze gorzej o nim mówię niż w rzeczywistości oceniam.

    O „Tonari no Kaibutsu-kun” trudno jest mi myśleć jw kategorii shoujo. Zawsze słysząc ten tytuł kojarzę go z komedią i to w dodatku bardzo przyjemną i faktycznie zabawną, chociaż nie powodującą na mej twarzy wiecznego uśmiechu od ucha do ucha. Przede wszystkim stworzono ciekawe projekty postaci, ale za to pochwała należy się autorce mangi, której udało się stworzyć w jakiś sposób postaci nieszablonowe. Nie jest to może dla mnie seria sezonu, ale jedno z lepszych anime obecnie emitowanych.

    Co do ostatniej serii nawet nie wiem co mogłabym napisać, bo „Robotics;Notes” uważam za anime kiepskie. Trochę już tych odcinków wyszło, a tam się dalej nic ciekawego nie dzieje. Widziałam 4 odcinki, a teraz jak próbuję je sobie przypomnieć to nawet nie wiem o czym one były, bo z nudów skakałam ze strony na stronę i wiele momentów mi po prostu umknęło. Jak dla mnie anime musi mieć to coś co sprawi, że będę chciała zostać dłużej przy komputerze. Póki co uważam, że temu anime brakuje ikry.

    Trochę mnie poniosło i przesadziłam z długością. Wybacz :D

    • Haha, może i słusznie z tym „Chuunibyou…” ;) Wiele nie tracisz. Ja zaczęłam głównie dlatego, że mam spory sentyment do Kyoto Animation i już po trailerze wydawało mi się to wszystko szalenie kawaii ;P A co z „Another”? Słabe? Bo już mi grzecznie czeka na dysku na swoją kolej do obejrzenia – prędko się pewnie za nie nie zabiorę, ale zamierzam. Wydawało mi się, że może być fajne…?

      Z ciekawości sięgnęłam sobie kilka dni temu po mangę „Sukitte Ii na yo”. I trochę mniej mi się od tego anime podoba. Sama manga nie jest wybitna, ale trochę lepsza od anime pod względem akcji i spójności charakterów. Nie ma tam wspomnianej przez Ciebie, a niezrozumiałej również i dla mnie, farsy z pokazywaniem słit foci swojego kotka przez Kurosawę :D Mam strasznie mieszane uczucia względem tej całej historii. No bo z jednej strony nie jest oryginalna, absolutnie nie – sama bardzo słusznie przywołałaś „Kimi ni Todoke”. Poza tym te postaci są takie trochę mdłe. Mei robi za Gandhiego – zwłaszcza w dalszym tomach mangi zaczyna być to męczące, te jej nieustanne pacyfistyczne teorie funkcjonowania w społeczeństwie. Raczej nie jest od tego ekspertką, a wypowiada się, niczym znawca dusz i charakterów ludzkich. Kurosawa też jest jakiś taki niedookreślony. No i do tego te smutne zadry, które nosi w sercu każdy z bohaterów. Ale są i dobre momenty – klimat mimo wszystko jest (choć 6 odc. anime mnie trochę podłamał, bo poza samym klimatem nie było absolutnie nic), czasami powiedzą coś ciekawego i oryginalnego (rozbroiła mnie Mei mówiąca: „the kiss with feelings had a taste of fried chicken” ;)), no a poza tym ja to strasznie łatwo daję sobą manipulować, jeśli chodzi o shoujo :P I finał jest taki, że mimo licznych wad tej serii, które naprawdę wyraźnie dostrzegam, bardzo chętnie ją śledzę i w jakiś tam sposób sobie cenię. Może też dlatego, że to jedyny w sezonie romans na poważnie? Będę musiała to obejrzeć do końca i wtedy ocenię. Jednego za to jestem pewna już teraz – kreska z anime nie umywa się do tej mangowej. Jestem nią oczarowana :) Dziewczyny mają przepiękne, totalnie hipnotyzujące oczy, a i wreszcie na papierze jestem w stanie uwierzyć, że Kurosawa robił furorę wśród dziewczyn, bo w wersji animowanej było to dla mnie całkiem nie do ogarnięcia :P

      Tak, głównej siły „Tonari no Kaibutsu-kun” również dopatruję się w nieszablonowych projektach postaci – w czymś, o co w serii shoujo cholernie trudno (na dowód pojawia się w tym samym sezonie „Sukitte…” ;)). A tak na marginesie – którą zatem z serii określiłabyś mianem anime sezonu? :)

      I again, dokładnie ten problem ma „Robotics;Notes” – brak ikry. Nudne postaci, zbyt wolno zarysowująca się fabuła, a dotychczas ukazany konflikt (próba uratowania szkolnego klubu) mało wciągający. Nadal nie chce mi się sięgać po kolejne odcinki.

      I broń Boże nie przepraszaj za długość – dla mnie nie ma postów za długich :D Oby zawsze Cię tak ponosiło ;)

      • Mi początkowo także wydawało się, że „Another” będzie fajną serią, ale problem tego anime polega na tym, że miał to być horror, a wyszła komedia. Przynajmniej moim zdaniem. To akurat mój największy zarzut względem „Another”. Śmierć na parasolce czy kablu zwisającym ze ściany powodowały u mnie wybuchy śmiechu, a w dodatku seria miała wiele nieścisłości i to jest mój drugi, ale bardzo duży zarzut.

        „Sukitte Ii na yo” ma u mnie przechlapane i nawet sympatyczny klimat tego nie zmieni. Chyba. Sama się sobie dziwię, ale większą sympatia darzę „Tonari…” i „Kami-sama Hajimemashita”. Nie są to serie poważne, ale muszę przyznać, że znacznie przyjemniejsze w odbiorze, bo przynajmniej coś się w nich dzieje. Nie wspominając już o znacznie ciekawszych bohaterach.

        Trudno mi powiedzieć, które obecnie wychodzące anime jest najlepsze, ale w tym sezonie zdecydowanie bardziej jestem spragniona mroczniejszych klimatów (to chyba taki rodzaj odmiany, bo w ostatnich sezonach znacznie wyżej ceniłam spokojne klimaty). Pewnie z tego powodu bardzie spodobały mi się serie takie jak „Zetsuen no Tempest”, „Code:Breaker” czy nawet „Psycho-pass”, chociaż obiektywnie rzecz ujmując nie jest to dobry tytuł. Chciałam też wierzyć w „Shinsekai yori”, ale trochę mnie to jednak przerosło. Ogólnie jednak przyznam, że na razie jestem zadowolona z większości emitowanych anime.

  2. „Chuunibyou demo Koi ga Shitai!” uważam za wyjątkowo udaną serię gdyż przypomina mi ona o moim własnym „okresie” nadmiernej (?) fascynacji fantastyką i grami RPG. Kto nie szedł przez park ze sporządzoną naprędce repliką miecza nigdy tego nie zrozumie, lol. Poza tym to nawet niezła komedia jeśli nie jest się uczulonym na moe, śmiem twierdzić, że w tej kategorii wypada nieźle na tle konkurencji. Komentarze głównego bohatera – bezcenne.

    „Tonari no Kaibutsu-kun” to mój typ w tym sezonie jeśli chodzi o romanse. Żadnego przesadnego dramatyzowania, sympatyczne poczucie humoru i fajny kontrast pomiędzy bohaterami. Kreacja Haru momentami mnie irytuje, ale Shizuku i Asako w pewnym sensie to rekompensują.

    Witamy po przerwie :)

    • Hahaha, cudowne wspomnienie z tym mieczem :D:D:D Rozumiem więc, skąd u Ciebie sentyment do „Chuunibyou”. Pamiętam, jak sama zwykłam się bawić po szkole z koleżankami w Sailor Moon, ale to chyba jednak nie to samo, co własnoręcznie wykonana replika miecza :D ;) W „Chuunibyou…” dziewczyny mnie właśnie tym swoim elementem moe czasem irytują – ale nie jakoś wybitnie. Natomiast co do Yuuty, to się zgadzam – jego komentarze są zdecydowanie bardzo jasnym i bardzo komediowym punktem tej serii :)

      Tak, tak – „Tonari…” to dla mnie też główna atrakcja sezonu. Póki co przynajmniej ;) Dla mnie właśnie niezwykłość tej serii tkwi w dużej mierze w Haru. Czytałam Twoje pierwsze wrażenia z „Tonari…”, jak pisałeś o tym, że wygląda to trochę tak, jakby autorka nie mogła się zdecydować, jakim typem bisha ma być Haru. Coś w tym jest. On łączy w sobie bardzo dużo cech z czasem zupełnie przeciwstawnych sobie typów. Ale dla mnie, na tym właśnie polega jego atrakcyjność – tak naprawdę nie umiem powiedzieć, jaki będzie jego następny krok, jak zareaguje na konkretną sytuację. Przez tę swoistą schizofrenię jego osobowości można się po nim spodziewać wszystkiego. Bardzo mi się to podoba, bo jakkolwiek uwielbiam romanse, to czasem przewidywalność zachowań pewnych typów charakteru jest przygnębiająca ;)

      Dzięki :) Mam nadzieję, że to pierwsza i zarazem ostatnia tak długa przerwa w moim wykonaniu ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s