Tonari no Kaibutsu-kun – o tym, jak odrobina absurdu może odświeżyć shoujo

Tonari no Kaibutsu-kun - 02Ohayo! Wszystkiego najlepszego na Nowy Rok, dla wszystkich, którzy mniej lub bardziej dziwnym trafem natknęli się na ten wpis :)

Końcówka grudnia i początek stycznia, to moment, w którym przychodzi nam pożegnać sporą część jesiennych anime – tych, których sezony obliczone zostały na 12-13 odcinków. Widzę, że część z Was już odpowiednie podsumowania poczyniła, więc i ja swoje trzy grosze dorzucę :) W najbliższych dniach i tygodniach postaram się zrecenzować tytuły takie jak Kamisama Hajimemashita, Sukitte Ii Na Yo, być może też Chuunibyou demo Koi ga Shitai! Na początek jednak mój faworyt zamykającego się właśnie sezonu – Tonari no Kaibutsu-kun

Powiedzmy to sobie jasno i wyraźnie. Konwencje w szkolnych romansach są wyświechtane. Niemniej wyświechtane jest stwierdzenie ich wyświechtania. Wniosek z tego taki, że w ramach tego właśnie gatunku ciężko pokazać, a co za tym idzie, napisać coś nowego, oryginalnego, zaskakującego. Chyba, że ma się do czynienia z tytułem takim, jak Tonari no Kaibutsu-kun. Seria, która być może nie zapisze się złotymi literami na kartach historii anime, ale z pewnością zapewni powiew świeżości i dawkę rozrywki na dobrym poziomie.

Ta 13-odcinkowa seria powstała na podstawie mangi o tym samym tytule wydawanej od roku 2008. Warto wspomnieć, że manga jest wciąż wydawana. To proceder dość powszechny – ekranizacja tytułu przed finałowym tomem jego pierwowzoru – nikogo więc nie dziwi i nie oburza, niestety jednak sytuacja ta często wpływa negatywnie na zakończenie serii. Tak też było i w przypadku Tonari no Kaibutsu-kun, ale o tym już później.

Za przełożenie wersji mangowej na telewizyjną zabrało się studio Brains-Base, znane z tak lubianych i cenionych tytułów, jak Kuragehime, Mawaru Penguindrum, Natsume Yuujinchou i kilku innych. Niewątpliwie Tonari no Kaibutsu-kun wydawca będzie mógł zaliczyć do grona swoich sukcesów.

Mam tak wiele do opowiedzenia. O niej. O nim. O nim. O niej. O nim. I o nim. Ale nie miałoby sensu zaczynać w tym miejscu. Cofnijmy się do początku – tym retrospektywnym wstępem Shizuku Mizutani, główna bohaterka omawianego tytułu, rozpoczyna opowieść o swoim szkolnym życiu, zabierając nas tym samym w barwną, miejscami zabawną, miejscami trochę bardziej poważną historię swojego związku z Haru Yoshidą i kilkoma innymi przyjaciółmi.

Tonari no Kaibutsu-kun - 08Shizuku jest typem wysoce aspołecznym – wzorowa uczennica, skupiona wyłącznie na nauce, nie poszukująca przyjaciół, nie wzdychająca za szkolnymi amantami. Pewnego dnia nauczycielka prosi ją, by dostarczyła prace domowe swojemu koledze z sąsiedniej ławki. Zadanie o tyle kłopotliwe, że ów kolega od pierwszego dnia szkoły, kiedy to wdał się w bójkę ze starszymi uczniami, przebywał na zawieszeniu. Shizuku daje się nakłonić do tej nietypowej dla niej aktywności tylko i wyłącznie za przekupstwem – kiedy to nauczycielka obiecuje pokryć koszt nowego podręcznika, który upatrzyła sobie nasza heroina. Historia nabiera rumieńców, kiedy Shizuku poznaje Haru, który na jej widok… wyskakuje przez okno, po czym znienacka napada na nią na ulicy, traktując jako wroga, który przyszedł nakłonić go do powrotu do szkoły. Yoshida wydaje się nie tylko dziwny i w gorącej wodzie kąpany, ale też agresywny. Gdy jednak dowiaduje się, że Shizuku przyniosła mu lekcje zebrane podczas jego nieobecności, chłopak natychmiast zmienia swoje zachowanie i wpada w euforię na myśl o tym, że ten akt pomocy czyni z Mizutani jego najlepszą przyjaciółkę. Nietrudno przewidzieć, że sama Shizuku podchodzi do tego pomysłu, delikatnie mówiąc, sceptycznie.

Pierwszy odcinek to prawdziwy rollercoaster wydarzeń – choć nie trwa dłużej, niż przeciętne epizody, wyładowany jest tak wieloma zwrotami akcji, że odnosi się wrażenie, iż zajmuje znacznie więcej czasu, niż te 20-parę minut. Co ważne – nie odnosi się wrażenia przeładowania. Dostajemy po prostu szybkie tempo, do którego jednak łatwo się przystosować. Już w pierwszym odcinku Haru wyznaje Shizuku miłość i dochodzi między nimi do pierwszego pocałunku. Nie mamy tu jednak do czynienia z patosem – wydarzenia te potraktowane są z przymrużeniem oka, nawet w formie pewnej kpiny z gatunku, który zazwyczaj tak bardzo celebruje moment pierwszego pocałunku między główną parą.

Tonari no Kaibutsu-kun - 07I tu dochodzimy do sedna – tego, co czyni tę serię w dużym stopniu propozycją oryginalną i nieszablonową. Tonari no Kaibutsu-kun łamie konwencje romansu szkolnego – w ciekawy, a przede wszystkim zabawny sposób. Bo cóż to za romans, cóż za bishounen, cóż za heroina, skoro już w pierwszym odcinku wściekły Haru wylewa na głowę Shizuku cały kubek napoju, po czym kilka minut później przypadkowo, ale jednak daje jej z pięści w twarz tak mocno, że dziewczyna zalewa się krwią. Na koniec epizodu gwałtownie łapie ją za poły, całuje, po czym stwierdza, że jego serce wcale nie wali tak, jak napisali o tym w powieści, którą właśnie czytał. Tego typu sytuacje są w tej serii na porządku dziennym. Nie jest to anime, które wywraca gatunek shoujo całkiem na lewą stronę – łamie pewne konwencje, ale nadal jest shoujo, nadal pokazuje historię pewnego romansu. Co więcej dostajemy tu tak klasyczne motywy jak np. trójkąt romantyczny. Co zatem sprawia, że mimo tego tytuł wyróżnia się na tle innych romantycznych serii szkolnych?

Tonari no Kaibutsu-kun - 11W tym przypadku zdecydowanie są to bohaterowie. Główna para to, tak razem, jak i osobno, postaci o nieszablonowych, ale spójnych i przekonująco zarysowanych charakterach. Są niejednoznaczni, nieprzewidywalni i nie pozwalają na nudę.

Shizuku, jak już wspomniałam, to typowa kujonka, niezdrowo wręcz nakręcona na naukę i wyniki w szkole. Nie widzi nic poza swoim celem, którym jest szybkie rozpoczęcie dorosłego życia, w którym będzie mogła pójść do pracy i – jak jej matka – stać się niezależną kobietą sukcesu. Mamy więc do czynienia z bohaterką opanowaną, zdyscyplinowaną, skupioną, w pewnym stopniu wyrachowaną, pewną siebie, zaradną, czasem wręcz przesadnie. Nie są to typowe epitety, którymi można obdarować kalkę, z której odbijana jest duża część bohaterek shoujo. Oczywiście, pojawienie się Haru, a później kolejnych przyjaciół, wprowadza sporo zamieszania w uporządkowane życie Shizuku i choć pod wpływem uczucia zaczynają się w niej wykształcać emocje typowe dla nastoletnich dziewczyn, do końca nie traci ona swojego trzeźwego spojrzenia na świat i niezwykłej niezależności.

Tonari no Kaibutsu-kun - 10Jeszcze bardziej nietypowym bohaterem zdaje się być Haru. Niekiedy można odnieść wrażenie, że cierpi on na rozdwojenie jaźni – tak często i radykalnie zmienia swoje oblicza, że trudno orzec, jaki właściwie jest. Jedno jest pewne – żaden z niego klasyczny bishounen. Takim zdaje się być, już chociażby z samego wyglądu. I faktycznie ma pewne cechy, które mogłyby go włączyć w szereg typowych animowanych twardzieli – potrafi być ostry, bezkompromisowy, czasem brutalny, zawsze chętny by wdać się w jakąś drakę. To jednak tylko jedna strona jego oblicza. Druga twarz Haru to wrażliwy, szalenie naiwny i niegramotny społecznie dzieciak, który rozpływa się na myśl o wspólnej imprezie z przyjaciółmi, jakby równoznaczna była ona dla niego z otwarciem bram niebios. Niezależnie jednak od tego, którą twarz Yoshida pokazuje, jedno jest pewne – jego reakcja jest zawsze nieadekwatna do sytuacji. Gwałtowność emocji to coś, co dodaje tej postaci życia, czyni ją niesamowicie barwną i tak zupełnie nieprzewidywalną. Nadążyć za Haru się nie da – można po prostu ze zdumieniem i niesłabnącym rozbawieniem, śledzić jego kolejne kroki.

Tonari no Kaibutsu-kun - 09Przeciwieństwa się przyciągają – to jedna z tych świętych zasad, według których tworzone są największe romanse shoujo. Tonari no Kaibutsu-kun igra z tą zasadą. Z jednej strony faktycznie dostajemy postaci krańcowo różne – Shizuku jest obowiązkowa i pilna w szkole, Haru, choć zdobywa najwyższe noty, w najmniejszym stopniu nie jest oczarowany światem edukacji. Shizuku to dziewczyna chłodna, zdystansowana, samotniczka z wyboru – Haru wręcz przeciwnie, nigdy nie hamuje swoich reakcji, jest nieustannie rozemocjonowany i pobudzony, niczego nie pragnie bardziej niż kółeczka serdecznych przyjaciół. Gdy jednak odwrócić ten medal na drugą stronę okazuje się, że ta dwójka ma ze sobą wiele wspólnego – obydwoje są zawsze szczerzy w wyrażaniu swoich myśli i uczuć. Nie wstydzą się i nie boją mówić na głos tego, co kołacze im się po głowach – to miła odmiana po bohaterach, którzy przez całe serie wodzą za sobą tęsknym wzrokiem, nie będąc przy okazji w stanie wykrztusić kilku prostych słów na temat stanu własnej emocjonalności. Cechuje ich spora odwaga, która często wprawia w zdumienie nie tylko pozostałych bohaterów, ale i widzów. Inna wspólna dla obydwojga cecha, choć przejawiająca się na odmienne sposoby – totalna aspołeczność. Shizuku, co ważne i o czym już wspominałam, w ogóle nie jest zainteresowana nawiązywaniem przyjaźni, stąd gdy przypadkowo takowe w jej życiu się pojawiają, porusza się w tych relacjach niczym słoń w składzie porcelany, często przy tym raniąc nowych znajomych. Haru z kolei sprawia wrażenie, jakby był wychowywany przez wilki, czy też inne szczególnie dzikie z natury zwierzęta – nie ma najmniejszego pojęcia, jak się zachowywać, nie tylko wobec Shizuku, ale wobec każdej napotkanej osoby. Jest absolutnym dziwadłem – poziom jego niedostosowania do norm społecznych jest tak duży, że prosi się o jakąś konkretną przyczynę takiego stanu rzeczy. Tej niestety nie otrzymujemy, ale o brakach serii jeszcze za chwilę.

Tonari no Kaibutsu-kun - 01A zatem mamy Królową Lodu i Piotrusia Pana – te dwie postaci zakochują się w sobie, choć fakt ten pozostaje punktem sporu z powodu totalnego braku wyczucia czasowego. Jak zauważa sama Shizuku, ona i Haru wciąż się rozmijają – gdy jedno chce, drugie akurat nie ma ochoty. I na odwrót. To niewątpliwie cecha fabuły, która może irytować. Coś jednak przecież musi romans komplikować – o czym bez tego opowiadałaby seria?

Postaci pierwszoplanowe, choć bez wątpienia napędzają historię, nie są jej jedynym atutem. Z czasem coraz wyraźniej do głosu dochodzą równie udani bohaterowie drugoplanowi. Mamy tutaj z pozoru typowe postaci – szkolną ślicznotkę, bogatego i zarozumiałego playboya, który próbuje rozbić związek głównych bohaterów, cichą i nieśmiałą myszkę, która z podziwem patrzy na głównego bohatera. To już było, chciałoby się powiedzieć. Ale każda z tych postaci w pewnym momencie wychodzi z roli, czym zaskakuje i bawi.

Tonari no Kaibutsu-kun - 03Asako Natsume, bohaterka słodka jak kilo cukru, tępa jak kilo gwoździ, zamiast flirtować z chłopcami i próbować odbić Haru Shizuku, jest kompletnie nieporadna w sytuacjach towarzyskich i całe swoje życie przenosi do Internetu, stając się tym samym największym geekiem i nolifem spośród bohaterów. Kenji Yamaguchi, z początku wyraźnie antypatyczny, rozkwita w drugiej części serii, stając się sensownym konkurentem dla Haru, prawdziwym bishounenem tej serii, który z pewnością części widzów wydawał się bardziej odpowiednim partnerem dla naszej chłodnej i wyniosłej bohaterki. Chizuru Oshima, postać, której już sam wygląd każe nam się spodziewać nudnej, bezbarwnej mimozy, która stworzona została po to by ją znienawidzić, okazuje się jednym z najbardziej zabawnych elementów serii. Już dla samych postaci drugoplanowych warto zapoznać się z tym tytułem. Nie są one nieruchomym tłem dla pierwszoplanowego romansu – ostatnie odcinki zdają się wręcz celowo odsuwać na dalszy plan Haru i Shizuku, coraz więcej uwagi poświęcając właśnie pozostałym bohaterom.

Tonari no Kaibutsu-kun - 04Oglądając Tonari no Kaibutsu-kun nasuwały mi się pewne skojarzenia z Ouran High School Host Club. Oczywiście w porównaniu z tym klasykiem nowa seria nie ma większych szans. Pozwala jednak na odnalezienie klimatu absurdu, którym po brzegi wypełniona była seria OHSHC. Tu również mamy do czynienia z trzeźwo myślącą i czasem aż nazbyt praktyczną bohaterką oraz protagonistą, który wydaje się być wręcz stworzony jako najbardziej klasyczna prezentacja animowanego bizona, w istocie zaś okazuje się być największym pajacem z całego grona postaci. Rodzaj gagów, częste sięganie po zakręconą grafikę deformacyjną, absurdalne poczucie humoru, niespodziewane zwroty akcji – myślę, że skojarzenie obu tych tytułów ma całkiem solidne podstawy.

Wszystko pięknie, ładnie, ale nie ma serii bez wad, prawda? Niestety Tonari no Kaibutsu-kun również się ich nie wystrzegło. Właściwie mam do tego tytułu dwa istotne zarzuty. Pierwszy z nich dotyczy rozegrania wątku rodzinnego Haru, czy szerzej kwestii jego dorastania. Pierwsze kilka odcinków sugeruje nam, że będzie to istotny temat powracający właściwie do końca serii. Wrażenie to potęguje pojawienie się Yuuzana, brata Haru (w postać którego życie tchnął niezrównany Yuuichi Nakamura) – to on wprowadza temat groźnego ojca, który pragnie powrotu Haru na łono rodziny. Syn marnotrawny absolutnie nie wyraża na to zgody – Yuuzan daje mu spokój, z jego ust pada jednak zapowiedź poważnych decyzji, które czekają na chłopaka w przyszłości. Nic bardziej oczywistego dla widza, niż spodziewać się rozwinięcia tak zasianego wątku. Temat tymczasem nigdy nie powraca. Zamiast tego otrzymujemy strzępy wspomnień na temat ciotki, która wychowywała Haru (bez informacji o tym, co stało się z matką Yoshidy), czy na temat Yuuzana, który mówi, iż wolałby, żeby Haru nie istniał, bo przez niego ich życie wygląda tak, jak wygląda – czyli jak? Tego też nam się nie mówi. Nie wyjaśnia się również incydentów przemocy, której Haru dopuszczał się już od wczesnych lat szkolnych. Oczywiście w seriach, które grzebią się w dziecięcych traumach i dramatach dorastających nastolatków, można przebierać, niczym w ulęgałkach, stąd może głębsze niewnikanie w ten temat również było zabiegiem celowym. Nie zmienia to jednak faktu, że przy tak podanych strzępach z przeszłości, jakieś dopełnienie, choćby i na sam finał serii jest nie tylko wskazane, ale wręcz konieczne, by miało to wszystko ręce i nogi. Zamiast tego dostajemy zaś finał, który w ogóle finału nie przypomina. I to drugi, chyba jeszcze poważniejszy zarzut pod adresem tego anime.

Tonari no Kaibutsu-kun - 05Jak już wspomniałam, manga wciąż jest wydawana, a fabuła pierwszych 12 odcinków serii telewizyjnej, odpowiada pierwszym czterem tomom (obecnie jest ich już 10). 13., finałowy odcinek, jest już kreacją własną twórców anime – kreacją niestety ze wszech miar nieudaną, która zamiast ładnie domykać i podsumowywać wątki, pozostawia przykry niesmak, rykoszetem odbijający się na opinii o całej serii. Ostatni odcinek nie tylko nic nie wyjaśnia i nie domyka – otwarte zakończenia, mądrze poprowadzone, potrafią czasem dać lepszy efekt, niż dopowiedzenie wszystkiego do ostatniej kropki. Tutaj jednak ostatni odcinek ewidentnie pozbawiony jest sensu – fabularnie bardzo wyraźnie odstaje od całej reszty. Różnica poziomów jest powalająca. Zamiast emocjonującego zakończenia, dostajemy najsłabszy odcinek serii, który pozostawia nas z niejasnym poczuciem pomyłki, którą poczyniła osoba odpowiedzialna za scenariusz. Ten pechowy odcinek podcina skrzydła całej serii i obniża jej wartość. Być może jeśli w przyszłości doszłoby do realizacji kolejnej serii (na co lwia część już dostępnego materiału mangowego pozwala mieć nadzieję), ów finał nie byłby tak bolesny. Póki co jednak trzeba powiedzieć sobie wprost – na koniec kompletne rozczarowanie.

Technicznie seria przedstawia się bardzo dobrze. Tryska kolorami, animacja jest dynamiczna, projekty postaci dość klasyczne dla gatunku shoujo, z dużą inwencją twórczą prezentowany jest wspomniany już tryb deformed. Opening i ending to również bardzo typowe wytwory – żwawe piosenki wykonywane przez zapewne okrutnie urocze dziewczęta. Opening stanowi bardzo dobrą zapowiedź całej serii – jest totalnie zwariowany, przyprawia niemal o oczopląs ze swoimi dynamicznie zmieniającymi się ujęciami i porażająco intensywną kolorystyką.

Tonari no Kaibutsu-kun - 06Nie ukrywam, że Tonari no Kaibutsu-kun, nawet ze swoim nijakim zakończeniem, podbił moje serce. Choć sezon jesienny obfitował w kilka naprawdę niezłych tytułów, to właśnie na to anime czekałam co tydzień najbardziej, każdorazowo oglądając odcinki na bieżąco. Stąd też oceniam ją wysoko – 8/10 i odkładam na półkę z tytułami, do których kiedyś potencjalnie mogę powrócić.

Advertisements

3 responses to “Tonari no Kaibutsu-kun – o tym, jak odrobina absurdu może odświeżyć shoujo

  1. Przechodziłam przez różne fazy podczas oglądania tej serii, bo po początkowym bardzo pozytywnym zaskoczeniu (w sumie nie wierzyłam w ten tytuł), przyszedł moment, który nie rozbudzał we mnie wielkich emocji. Zakończenie to już dla mnie czas kompletnego zawodu. Niestety ta seria tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że najgorszą rzeczą jaką mogą zrobić twórcy jest bardzo dobry początek i bardzo kiepskie zakończenie, bo wówczas w naszej pamięci (a przynajmniej w mojej) utrwala się mało pozytywny obraz skonsumowanego produktu. Co gorsza zawody bolą bardziej aniżeli tzw. pozytywne zaskoczenia. Myślę, że gdybym miała bardziej obrazkowo określić tę serię to nazwałabym ją dziełem poruszającym się po równi pochyłej. Nie będę udawała, że zrozumiałam relację łączącą Shizuku i Haru, bo niestety tak się nie stało. Te ciągłe wzajemne wyznania miłosne w dosyć silny sposób odrzuciły mnie od tej serii. Dopóki nie były zbyt częste seria bardzo mi się podobała, ale z czasem odebrały one serii to co było w niej najlepszego, czyli dobry humor. Nagle okazało się, że zabrakło czegoś co mnie w tej serii nieco uwodziło, a został tylko romans. Taki nieskomplikowany, trochę głupawy i sztampowy. Gdybym lubiła romanse mogłabym przymknąć na to oko, ale mnie taka tematyka sama w sobie nie kręci. Nadal uważam, że „Tonari no Kaibutsu-kun” jest bardzo sympatyczną serią, ale chyba jednak nie dla mnie. Kiedyś lubiłam takie serie, a i teraz często zabieram się za mangi shoujo, ale zazwyczaj i tak lądują one we wstrzymanych :(

    Mimo wszystko potrafię dostrzec pozytywne strony tego anime. Jednym z najsilniejszych punktów tej serii okazała się być kreska, która jest taka barwna i przede wszystkim wzbudzająca w widzu chęć przytulenia się do animowanej postaci, gdyż wszyscy sprawiają w niej wrażenia takich „miękkich” i milutkich. Mam świadomość tego jak to głupio brzmi, ale nie potrafię tego uzasadnić w inny sposób :(

    Poza tym jestem pełna podziwu, że chciało Ci się napisać taka długa recenzję :D

    • No tak – jakby nie patrzeć romans szkolny zawsze zakłada pewnego rodzaju sztampowość i wydaje mi się, że kiedyś i ja się znudzę tym gatunkiem, bo ile można? ;) Nie wiem – „Tonari…” być może wypadło w moich oczach tak pozytywnie w kontraście do „Sukitte ii na yo”, które było chyba najgorszym animowanym romansem, jaki zdarzyło mi się widzieć.

      Faktycznie huśtawka emocjonalna między Haru i Shizuku była dość intensywna, ale patrzyłam na to przez pryzmat charakterów tych postaci, tego, co nam o nich powiedziano – czyli faktu, że są kompletnie niedostosowani do życia w społeczeństwie i nie mają żadnych doświadczeń w związkach, czy to miłosnych czy choćby przyjacielskich. Myślę, że właśnie dlatego tak często padały wyznania miłosne, po czym tak szybko były cofane. Kompletny brak doświadczenia oraz nieznajomość pewnych norm, które nakazują większą powściągliwość emocjonalną, zwłaszcza przy świadkach, sprawiły, że postaci te były tak niepohamowane w wygłaszaniu swoich deklaracji. Tak przynajmniej to sobie interpretowałam :) Inna sprawa, że tak bardzo mnie to nie raziło ze względu na humor – każda potencjalnie poważna scena była puentowana jakimś gagiem. Haru wyznaje miłość, już-już chce pocałować Shizuku, a ta nagle burzy nastrój, hamuje jego zapędy i w sekundę później wdają się już w kłótnie, w której Yoshida podkreśla potrzeby, jakie wyzwala w nim dziewczyna ;) Takie zagrywki jakoś rozładowywały te napięcia emocjonalne, które bez tego faktycznie mogłyby i mnie zacząć drażnić.

      Aczkolwiek, rozumiem, co masz na myśli – pod koniec serii rzeczywiście ilość wyznań zagęszcza się wręcz niebezpiecznie. Tym bardziej dziw bierze na to mierne zakończenie, które nijak się ma do faktu, że wszystkie wcześniejsze epizody wyraźnie prowadziły do tego, by nasza parka wreszcie się zdecydowała, czy w lewo czy w prawo z tym ich związkiem. A oni tymczasem postanowili rozłożyć się na rozstaju dróg, zrobić sobie piknik i oglądać świetliki :P

      Tak, w kresce było coś mega słodkiego i przyjaznego. Bardzo mi się podobała i niewątpliwie dodawał historii uroku :)

      Haha, dzięki! :D Choć myślę, że dla takiego wodolejcy, jakim z natury jestem, znacznie trudniejsze byłoby napisanie krótkiej, treściwej recenzji, niż takiego kilometrowego eseju :P

      Dzięki za odwiedziny :)

  2. Manga prezentuje nam następujące wyjaśnienie owych nie dopracowanych w anime wątków, mianowicie Yuzan nie cierpi Haru, ponieważ to przez niego rodzina musiała się przeprowadzić. Dla mnie Haru jest najgorszą męską postacią jaką kiedykolwiek zobaczyłam, początkowo jego zachowanie mnie bawiło, ale gdy bronił Shizuku się realizować i dążyć do spełnienia marzeń znienawidziłam go do szpiku kości, gardzę mężczyznami, którzy są tak egoistyczni i dziecinni. Moim ideałem dla Shizuku był Yamaken, choć wiem, że nie ma szans na to, aby to właśnie on był w związku z Shizuku. Manga dobiega końca mamy obecnie 40 z 48 rozdziałów, a na sezon letni zapowiedziano odcinek OVA przedstawiający wydarzenia z 5 tomu mangi. Szkoda mi Shizuku dla Haru lubię silne kobiece postaci przypomina mi ona troszkę Misaki. Jestem zła, ponieważ Shizuku zwiąże się z takim samym życiowym nieudacznikiem, jak jej ojciec. No trudno to tylko manga, a we mnie wywołuje takie emocje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s