Chihayafuru – ku marzeniom! ku doskonałości!

Chihayafuru - 07Od premiery 2. sezonu Chihayafuru dzielą nas już właściwie godziny. Dlatego w ostatnich dniach postanowiłam zrobić sobie powtórkę poprzedniej serii, odświeżyć pewne wydarzenia i ponownie wejść w zaczarowany świat karuty okraszony nutką subtelnego, a przy tym urzekającego romansu. Przyznam od razu, poniższy wpis stanowić będzie absolutnie bezkrytyczny pean na cześć tego tytułu – serii gromkich ochów i achów nie zamierzam choćby na chwilę przerywać próbami obiektywnego podejścia do tematu :> Chihayafuru to w moim rankingu 10/10 z adnotacją w postaci gwiazdki, serduszka, koniczynki czy jakiegokolwiek innego misia na dodatkowe oznaczenie jednego z absolutnych ulubieńców :P A zatem, zachwyty czas rozpocząć…

Zanim jednak przejdę do samej serii, kilka słów na temat mojej z nią przygody, które wyjaśnią, dlaczego tak bardzo jestem do niej przywiązana ;) Chihayafuru była premierą zeszłorocznej jesieni. Wiosną i latem zeszłego roku odbyłam ze wszech miar sentymentalną podróż w stronę dzieciństwa, odświeżając sobie największą moją pasję tego okresu – Sailor Moon :) Po zakończeniu seansu, zaczęłam się rozglądać za czymś, co mogłabym obejrzeć i co na powrót pomogłoby mi się skutecznie wkręcić w świat anime. Byłam wówczas kompletnie szurnięta na punkcie Tumblra – zaglądałam tam po kilka(naście :P) razy dziennie. Na jednym z obserwowanych przez mnie blogów, jego autorka zaczęła zamieszczać grafiki z anime – były to dwa tytuły: Mawaru Penguindrum i Chihayafuru właśnie. Podobała mi się zarówno grafika obu serii, jak i wyławiane z nich cytaty. Postanowiłam zapoznać się z tymi tytułami. Finalnie okazało się, że miałam wielkie szczęście – trafiłam na dwie absolutnie urzekające i genialnie skonstruowane serie. Utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto powrócić w kręgi japońskiej animacji. Myślę, że moja pełna superlatyw opinia o obu tych seriach (o Mawaru… jeszcze nie miałam okazji wspominać, ale na pewno w którymś momencie to zrobię) wynika też trochę ze względów sentymentalnych – z wdzięczności za to, że dzięki tym tytułom poczułam chęć, by zapoznać się z innymi aktualnymi anime. To tyle w ramach historii osobistej :P Teraz już tylko i wyłącznie o samej Chihayi.

Główną bohaterką anime jest Chihaya Ayase, nieprzeciętnie piękna dziewczyna, która właśnie rozpoczyna liceum. Nie dość, że sama wygląda, jak z obrazka, to jej starsza siostra jest zawodową modelką – Chihaya wydaje się więc idealnym materiałem na zachwycającą lolitkę, która 3 lata szkoły średniej spędzi na podbijaniu serc wszystkich kolegów. Nic bardziej mylnego. Chihaya przez chłopaków ze szkoły nazywana jest „zmarnowanym pięknem” i każdy z nich, choć docenia jej urodę, stara się ją omijać szerokim łukiem. Dlaczego? Ponieważ nie dość, że dziewczyna jest totalną chłopczycą pozbawioną kobiecego wdzięku, to jeszcze jedyne, o co dba i co ją interesuje, to karuta – tradycyjna japońska gra karciana oparta na znajomości zbioru 100 wierszy z Ogura, które w rodzimej kulturze zapisały się jako jeden z największych dorobków dawnej literatury.

Chihayafuru - 04Jeszcze w szkole podstawowej Chihaya poznaje Aratę Watayę – nieśmiałego i trochę dziwnego chłopca, odrzuconego przez całą klasę. Jak to z dobrodusznymi dziećmi bywa, Chihaya zaprzyjaźnia się z Aratą, a ten wciąga ją w świat swojej ulubionej gry karcianej, której zasad nauczył go dziadek – wielki mistrz karuty, przez długie lata zdobywający trofea dla najlepszego gracza w kraju. Arata uświadamia Chihayi, że najlepszy gracz karuty w Japonii, to zarazem najlepszy gracz na świecie i dlatego on sam marzy o zdobyciu tego tytułu. Widząc jego pasję i talent do gry, dziewczynka również zaczyna marzyć – o tytule najlepszej żeńskiej zawodniczki, o tytule Królowej. Karuta bardzo prędko staje się obsesją także i dla niej. Do tej dwójki szybko dołącza inny jeszcze kolega – Taichi Mashima (tutaj krótka pauza na piski, oklaski i ocieranie łez wzruszenia :P), szkolny przyjaciel Chihayi, który od dawna się w niej podkochuje. Dzieciaki spędzają na grze coraz więcej czasu – gdy jednak szkoła dobiega końca, ich drogi się rozchodzą. Arata musi wracać do rodzinnego Fukui, ze względu na pogarszający się stan zdrowia dziadka. Taichi, jako prymus, dostaje się do najlepszej szkoły, daleko jednak położonej od dotychczasowego miejsca zamieszkania. Chihaya zostaje – nie przestaje jednak grać w karutę, a na chłopcach wymusza obietnicę, że kiedyś znów się spotkają i wspólnie zagrają.

Do spotkania dochodzi po trzech latach – okazuje się, że Taichi wylądował w tej samej szkole co Chihaya. Dziewczyna szybko nakłania go do założenia razem z nią szkolnego klubu karuty. Pragnie wciąż się doskonalić tak, aby na krajowych rozgrywkach spotkać się z Aratą, jak równy z równym. Wkrótce dowiaduje się jednak, że chłopak zaprzestał gry – gdy rok wcześniej Wataya wybrał się na zawody eliminacyjne do klasy A, pozostawiony w domu bez opieki ukochany dziadek chłopaka, zmarł. Od tego czasu Arata nie tknął kart. Dopiero niespodziewana wizyta Chihayi i Taichiego, budzi w Aracie na powrót pasję. I wreszcie seria nabiera rozpędu – Chihaya i Taichi w swojej tokijskiej szkole walczą o zgromadzenie niezbędnych 5 członków klubu, po czym wraz z nimi zaczynają piąć się po kolejnych szczeblach turniejów karuty, zaś Arata w rodzinnych stronach powoli i ostrożnie powraca do zapomnianej pasji…

Chihayafuru - 09Chihayafuru, choć opowiada o 16-latkach, wpisuje się już w gatunek josei – to opowieść przeznaczona dla nieco starszych widzów, niż tych, do których (w założeniu :P) trafiać ma shoujo. Tutaj problemy dojrzewania potraktowane są nieco poważniej. Fabuła rozwija się powoli, z zachowaniem pełnego realizmu, tak w ramach wydarzeń, jak i zachowań postaci, zaś wątek romantyczny, choć bezsprzecznie występuje, nie stanowi tutaj motoru napędowego. Co zatem jest osią tej historii?

Chciałoby się powiedzieć – karuta. I w pewnym stopniu tak jest. Nie bez powodu tę serię określa się również mianem serii sportowej czy turniejówki. Choć z pozoru gra w karty nie jest uznawana za klasyczny sport, to jak pokazuje to anime, w istocie tym właśnie jest. Wątki dotyczące karuty są niesamowicie udane. Z początku nie podejrzewałam nawet, że: a) ta gra może być tak ważnym elementem serii, b) mogę się w nią w takim stopniu wciągnąć. Na początek więc krótkie, co i jak.

Gra w karutę jest fascynująca, ale nie-Japończykowi niezwykle trudno ją zrozumieć. Przyznaję, że dopiero podczas drugiego seansu zaczęłam ogarniać niuanse poszczególnych strategii, które kompletnie umykały mi przy pierwszym oglądaniu. Karuta to gra, w której uczestniczą dwie osoby. Opiera się ona na 100 kartach, na których umieszczone zostały teksty 100 największych japońskich wierszy typu tanka. Przy czym na połowie kart, którą grają zawodnicy, umieszczona jest tylko druga część wiersza. Zawodnicy otrzymują zestaw 50 kart z zakończeniem – dla każdego po 25. Układają je przed sobą w kilku rzędach, w kolejności zależnej od strategii, którą przyjmują podczas gry. Po ułożeniu dostają czas na zapamiętanie pozycji kart. Po kwadransie rozpoczyna się gra – lektor zaczyna losowanie 50 kart i odczytywanie umieszczonych na nich poematów. Zadaniem zawodników jest już po pierwszych słowach, odnaleźć kartę z drugą częścią wiersza i jak najszybciej odrzucić ją z rozłożonej przed sobą układanki. Niezbędne jest zatem nauczenie się na pamięć treści wszystkich wierszy. Zawodowa gra w karutę to przede wszystkim niesamowity refleks. Podczas oglądania Chihayi, widzimy zawodników, którzy rozpoznają kartę już po usłyszeniu pierwszej sylaby i natychmiast strącają jej kontynuację. Na każdą odrzuconą kartę, zawodnik przekazuje przeciwnikowi kartę z własnej, 25-częściowej puli. Pojedynek wygrywa ten, który jako pierwsze pozbędzie się wszystkich kart.

Chihayafuru - 02Pojedynki ukazywane są w sposób absolutnie zachwycający. Ta z pozoru nudna gra nabiera życia, przemienia się w fascynującą i pełną emocji rozgrywkę. Karuta wymaga od zawodnika więcej wysiłku, aniżeli niejeden sport tzw. ekstremalny. Pojedynczy mecz może trwać ponad 2 godziny. W tym czasie konieczne jest absolutnie skupienie. Zawodowe turnieje to często kwestia 6 czy 7 rozgrywek pod rząd. Co chwila więc gracz musi zapamiętywać i zapominać kolejne ustawienia kart – nie ma tu bowiem czasu na rozglądanie się po zestawieniu w celu odnalezienia odpowiedniej karty. Ręka musi instynktownie poruszyć się we właściwą stronę. Widzimy, jak w przerwach Chihaya najpierw pochłania ogromne ilości czekolady, a potem w ciągu sekundy zasypia kamiennym snem – to, jak się okazuje, efekt skrajnego wyczerpania organizmu. Podczas jednego dnia rozgrywek zawodnik może nawet stracić ok. 2-3 kilogramów. Szachy czy inne gry logiczne, to przy karucie, jak spacerek brzegiem słonecznej plaży w porównaniu do przechodzenia przez pole minowe.

Karuta w Chihayafuru wciągnęła mnie niemiłosiernie :) Z zapartym tchem śledziłam wszystkie rozgrywki. Były one dopracowane w najmniejszym detalu – o grafice jeszcze później, teraz pozostańmy na poziomie fabularnym. Przy każdym meczu wchodzimy w głowy graczy – nie tylko Chihayi, Taichiego, Kany, Nishidy czy Desktomu. Również ich przeciwników. Rzadko która seria prezentuje nam galerię tak dobrze zarysowanych postaci trzecioplanowych i epizodycznych, które możemy poznać nie tylko z punktu widzenia głównych bohaterów, ale też w wyniku autoprezentacji dostępnej dzięki wnikaniu w ich myśli podczas rozgrywek. Nie ukrywam – gdy w lubianych przeze mnie tytułach nagle poświęca się odcinek jakiejś drugoplanowej postaci, z reguły mnie to nudzi. Ale Chihayafuru pomogła mi odkryć, że dzieje się tak nie dlatego, że oglądam wybiórczo i potrafię się skupić tylko na ulubieńcach, ale dlatego, że z reguły sami twórcy nie silą się na to, by z postaci z tła uczynić bohaterów ciekawych i solidnie skonstruowanych. W Chihayi jest to zasada obowiązująca. I dzięki temu każda taka postać zyskuje duszę – nawet, jeśli finalnie jej nie polubię, to mam szansę ją zrozumieć. Coś niesamowitego.

Kilka akapitów wyżej zadałam pytanie o główny temat tej serii i napisałam „chciałoby się powiedzieć – karuta”. Ale to, jak dla mnie, temat pozorny. Oczywiście niezwykle ważny i jak zapewne stwierdzi każdy, kto obejrzy, absolutnie interesujący. Jednak nie to jest istotą Chihayafuru i nie to sprawiło, że tak bardzo mnie ten tytuł zachwycił.

Tym, co stanowi dla mnie sedno tej opowieści, jest rozwój postaci. Tak autentyczni bohaterowie, z którymi można się utożsamiać na każdej płaszczyźnie, zdarzają się rzadko, nadzwyczaj rzadko – na chwilę obecną nie jestem w stanie przywołać tytułu, który byłby pod tym względem tak dobrze dopracowany. To oczywiście głównie zasługa Yuki Suetsugu, autorki mangi, która stała się pierwowzorem tego anime – warto zaznaczyć, że wersja animowana podąża za wersją papierową niezwykle wiernie. Niemniej na ekranie otrzymujemy grono postaci, z którymi sympatyzujemy, utożsamiamy się, z którymi – nie wstydźmy się do tego przyznać :P – po prostu chcielibyśmy się zaprzyjaźnić.

Chihayafuru - 01Chihaya Ayase to bez wątpienia ciekawa główna bohaterka, choć bywa i drażniąca. Na pewno na plus trzeba jej policzyć determinację w dążeniu do spełnienia swoich marzeń. Nie jest głupiutkim dziewczątkiem, które wodzi zakochanym wzrokiem, czy to za Aratą, czy Taichim. Pod względem romantycznym wydaje się wręcz, że Chihaya jest nieco upośledzona :P Kompletnie nie jest w stanie dostrzec uczucia Taichiego, a pewnie też i z Aratą, jeśli przyjdzie co do czego, nie będzie umiała tego nazwać. Dziewczyna zatrzymała się na etapie szkolnej przyjaźni, absolutnie platonicznej i póki co nie przejawia najmniejszych oznak gotowości do wątku romantycznego. Dla Chihayi istnieje wyłącznie karuta, choć z upływem czasu coraz wyraźniej dociera do niej to, że wokół niej znajdują się też inni ludzie i jakkolwiek nie byłaby opętana swoją pasją, tak i na nich musi zwracać uwagę.

Chihayafuru - 08Z Aratą sprawa jest ciekawa. Pierwsze odcinki, te które poświęcone zostają wspomnieniom Chihayi, zdają się stawiać Aratę w centrum. Gdy jednak wracamy do teraźniejszości, chłopak pojawia się rzadko. Bywają odcinki, w których w ogóle go nie ma, a nawet jeśli jest, to dostaje po kilka minut, czasem jedną scenę. Wataya to wielki nieobecny tej serii, który jednak przez to, że tak wyraźnie zaważył na losach Chihayi, jest z nią za każdym razem, gdy dziewczyna gra w karutę.

Chihayafuru - 06I wreszcie Taichi (ponownie krótka pauza na piski i okrzyki :P) – zadecydowałam już, że Taichiemu poświęcę wkrótce osobny wpis, więc teraz daruję sobie wyliczanie wszystkich powodów, dla których ten właśnie bohater jest dla mnie, na ten moment, absolutnie najbardziej ulubioną postacią anime ever. To zabawne – nie wiem nawet, czy był to jakiś celowy chwyt ze strony twórców. Taichi rozpoczyna swoją drogę w Chihayafuru jako rozpuszczony, zarozumiały i złośliwy dzieciak, który buntuje całą klasę przeciwko Aracie, a na zawodach szkolnych kradnie mu okulary, by ten przegrał z nim rozgrywkę. Wszystko to z zazdrości o Chihayę, która zaczyna poświęcać nowemu koledze zbyt wiele uwagi. Trudno taką postać polubić. Pamiętam, że na początku, kto żyw, stawał w formacji Chihaya x Arata. Później jednak, z odcinka na odcinek, Taichi pokazuje się z zupełnie innej strony. Nie chodzi tylko o to, że to bizon doskonały ze swoją zabójczą fryzurą i przenikliwym spojrzeniem :P Taichi jest chłopakiem, który zawsze wygrywa – a przynajmniej na kogoś takiego wychowuje go matka. Przystojny chłopak z bogatego domu, prymus w nauce, pierwszy we wszystkich sportach, w domu urządzony ma pokój, w którym na licznych półkach stoją wszystkie jego trofea. To jednak wcale nie tak, że Taichi taki się urodził. W międzyczasie dowiadujemy się, że to chłopak, który na wszystko to zapracował – jego upór, ambicja i wytrwałość pomogły mu to zdobyć. Wszystko poza tym, czego naprawdę pragnie – ukochaną dziewczyną i talentem do karuty. Ale Taichi się nie poddaje. Obserwowanie jego walki wewnętrznej, jego dojrzewania, odkrywania własnej drogi, ciągłego dążenia naprzód po drodze usłanej porażkami… Z bohatera, który irytuje, przeradza się w najpiękniejszą, moim zdaniem postać, której kibicuję z całego serca. Na tym skończę, bo tak, jak zapowiedziałam, Mashima dostanie swój własny wpis ;)

Chihayafuru - 03Przy takiej galerii pierwszoplanowych postaci nie można spodziewać się niczego innego, jak solidnego trójkąta miłosnego. Chihayafuru realizuje ten wątek w najbardziej niedrażniący i dojrzały sposób, jaki dotychczas widziałam. To chyba pierwsza tego typu sytuacja, gdzie naprawdę nie wiem, jaki może być finał – zakładając, że Chihaya kiedyś dorośnie i do jakiegokolwiek finału w ogóle dojdzie :P Z jednej strony wiemy, że Arata odcisnął piętno na całym życiu dziewczyny i po dziś dzień figuruje w jej pamięci jako istota na wpół boska. Z drugiej strony mamy Taichiego, wiernego przyjaciela, który jest przy Chihayi na każdym etapie jej rozwoju, który nieustannie ją wspiera i po cichu adoruje. Nie umiem być tutaj obiektywna. Czy wygra boski Arata czy bliski Taichi? Chyba już jasne jest, że osobiście optuję za drugim rozwiązaniem ;) Nie mam nic do Araty, ale patrząc na miłość, jaką darzy dziewczynę Taichi, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to właśnie on jest jej przeznaczony. Na dobrą sprawę nie możemy być nawet pewni uczuć Araty wobec Chihayi. Widać bardzo silne emocje, ale czy tak na 100% u ich podstaw leży miłość romantyczna? Dla Chihayi Arata to karuta – karuta to Arata. A karuta jest przecież najważniejsza. A jednak przy kolejnych etapach jej rozwoju, to nie Arata jest obok, a Taichi właśnie. Tutaj leży pies pogrzebany. Arata to odległy ideał, który istnieje w wyobraźni Chihayi trochę jak wyśniony abstrakt. Taichi jest za blisko – i dlatego dziewczyna nawet nie jest w stanie dostrzec, jak bardzo są ze sobą związani, jak on na nią patrzy, jak bardzo jej pragnie. To takie naiwne, a jednocześnie tak bardzo realne.

Chihayafuru - 10A żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana – Taichi i Arata to nie tylko rywale. Choć zaczynają jako wrogowie, kończą jako oddani przyjaciele. Taichi chciałby, żeby Arata zniknął z horyzontu raz na zawsze, a jednocześnie, tak samo jak Chihaya, tęskni za nim i pragnie, by chłopak wrócił i by znów mogli spędzać razem czas na grze w karutę. Zależności w tym trójkącie są po prostu piękne – zagmatwane, a jednak bardzo dojrzałe i prawdopodobne. Naprawdę nie wiem, jaki to może znaleźć finał. Taką sytuację rozwiązać można chyba tylko i wyłącznie przez wprowadzenie do fabuły drugiej dziewczyny, która oczarowałaby jednego z panów. Swoją drogą, patrząc na Shinobu, myślę sobie, że z niej to taka żeńska wersja Araty i gdybym miała ułożyć idealny scenariusz, to właśnie z nią spiknęłabym Aratę :> Pomijając jednak fantazje – podkreślę to raz jeszcze. To jeden z piękniej i bardziej dojrzale skonstruowanych trójkątów romantycznych, jakie zdarzyło mi się oglądać.

Myślę, że do Chihayafuru podczas emisji 2. sezonu wracała będę niejednokrotnie. Może wówczas przyjrzę się jeszcze z bliska innym postaciom, które z pewnością zasługują tutaj na uwagę. Tymczasem będę się zbliżała do zakończenia tego wpisu. A zatem słów kilka o jakości samego wykonania.

Chihayafuru - 11Grafika tej serii to kolejny wymiar, w którym osiąga ono mistrzostwo. Projekty postaci są zachwycające. I nie chodzi mi tylko o główną trójkę naszych pięknych bohaterów. W anime często spotykamy się z sytuacjami, gdy kolejne postaci różnią się od siebie tylko fryzurą i kolorem oczu – jest to nagminne zwłaszcza w seriach shoujo. Chihaya jest pod tym względem doskonale dopracowana – każda postać jest inna. Mamy osoby piękne, przeciętne, ale i brzydkie. Co ciekawe z reguły, jeśli jakaś postać jest np. gruba, niska, nosi okulary, ma wielki nos, małe oczka etc., z powodu tego elementu natychmiast staje się postacią komediową, czy wręcz groteskową. Widzimy krępego okularnika i wiemy, że istnieje on w serii po to tylko, by wiązać z nim jakieś gagi i że dla takiej postaci nie ma szans na wątek poważny. Tutaj jest zupełnie inaczej. Każda postać jest graficznie indywidualizowana, ale nawet jeśli obarcza się ją jakimiś wizualnymi niedoskonałościami, bynajmniej nie skreśla jej to z listy postaci traktowanych poważnie. Taki Nishida w każdej innej produkcji byłby po prostu tłuściutką beczką śmiechu i chodzącym dowcipem. Tutaj, tak, miewa momenty komediowe – ale poza tym dostajemy na jego temat szereg faktów całkiem na serio. Widzimy, jak bardzo jest zdeterminowany w rozgrywce o kwalifikację do klasy A, którą odbywa z Taichim. Widzimy, jak bardzo przeżywa porażkę w grze z Aratą. Widzimy, jak targają nim emocje podczas meczu Chihayi i Yumi. Niesamowicie cenię sobie ten tytuł za to, że twórcy okazują szacunek i sympatię wszystkim postaciom. Czy to powoduje skrócenie czasu antenowego dla trójkąta Arata-Chihaya-Taichi? Tak, jak najbardziej. Ale chociaż ze mnie shipperka pełną gębą – nie żałuję. Bo każda z historii opowiedzianych w trakcie tej serii, ma sens, ma urok, jest przekonująca i emocjonująca – choć, co ważne, nienaznaczona tanią traumą. Tutaj nie wzrusza się widza nadmiarem łez, śmierci i gorących wyznań. Tutaj pokazuje się, jak młodzi ludzie walczą ze swoimi słabościami, jak dojrzewają i wkładają całe serce w realizację swoich marzeń. Jak dla mnie to stokroć bardziej wzruszające, niż opowiadanie o kolejnym skrzywdzonym za dziecka nastolatku, które przeżywa traumę, bo ktoś mu umarł albo w klasie nikt go nie lubił.

Chihayafuru - 12Ale, ale, znów uciekłam w treść :P A nie skończyłam jeszcze o grafice – poza świetnym projektem postaci, doskonale przedstawiane są też wszelkie przestrzenie. Chihayafuru wypełniona jest niezwykle ciepłymi barwami. Choć pomieszczenia, w których rozgrywa się większość akcji, są absolutnie ascetyczne i pozbawione atrakcyjnych dla oka detali, nadal czuje się wysoki poziom wizualny. Bardzo podoba mi się efekt delikatnej poświaty – w ogóle gra światłem jest tutaj genialna. Zdaje się, że w dużej ilości scen korzystano z jakiegoś rodzaju filtra rozmywającego, który mimo wyraźnych konturów postaci i przedmiotów, nadaje całości obrazu subtelnego rozmycia i promieniowania barw. Ponadto mamy tutaj niezwykle płynną animację. Postaci poruszają się z wyjątkową lekkością i naturalnością. Jedynym momentem, który tutaj kulał, były sceny, w których Chihaya po meczach natychmiast omdlewała, a koledzy próbowali ją przenosić poza maty – dziewczyna wyglądała trochę, jak worek ziemniaków, a nie istota ludzka. Ale to naprawdę jedyna sytuacja, w której dostrzegłam coś nienaturalnego. Każda rozgrywka karuty to popis animacji – odrzucane przez zawodników karty zdają się wyskakiwać z ekranu, ruchy choć szybkie, zachowują niezwykłą naturalność i grację. Ponadto zachwycają efekty specjalne. Gdy Kana czyta poszczególne wiersze, a przed Chihayą nagle objawia się ich wizualizacja. Gdy Chihaya ogląda grającego Aratę i ma wrażenie, jakby chłopak poruszał się pod wodą. Jest tego mnóstwo – litery przepływają przez ekran, ożywając w głowach bohaterów. Wszystko to jest przepięknie zobrazowane – zawsze płynne, nasycone pięknymi, ciepłymi kolorami. Widać tu duże pieniądze, ale widać też niezwykłą dbałość o szczegóły.

Chihayafuru - 05Niezwykle przyjemna jest też muzyka. Opening i ending to lekkie i sympatyczne kawałki z ładną oprawą wizualną. Idealnie w klimacie serii. W samych odcinkach muzyka jest bardzo nienachalna – z reguły są to po prostu pobrzmiewające w tle melodie o tradycyjnym, japońskim zabarwieniu.

Świetnie spisują się seiyuu wszystkich bohaterów. Młodziutka, niespełna dwudziestoletnia Asami Seto, choć dorobek ma póki co niewielki, jako Chihaya, jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Taichiemu głosu użycza Mamoru Miyano, co już chyba przepełnia szalę doskonałości tej postaci. Po raz kolejny świetnie spisuje się też Ai Kayano, o której wspominałam przy recenzji Ano Hana – tym razem, jako Kana, odsłania kolejne „oblicze” swojego głosu, z niezwykłym zaangażowaniem cytując wiersze ze zbioru 100 poematów. Przy żadnym z głosów nie miałam poczucia fałszywego brzmienia – każdy grał wizualnie z postacią, do której był podkładany.

Z której strony bym na to nie patrzyła, Chihayafuru jest strzałem w dziesiątkę. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie – być może po prostu trafiłam na tytuł, który idealnie trafia w moje gusta. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii, więc zachęcam do komentowania po stokroć bardziej, niż przy pozostałych wpisach ;)

Wiadomość o 2. serii Chihayi była dla mnie cudowną niespodzianką. Co ważne, okazało się, że wcale nie musieliśmy jakoś długo na nią czekać. Tegoroczna zima nie obfituje w wiele ciekawych propozycji – ale przyznam, że jedna Chihayafuru jest mi w stanie wystarczyć za 10 innych potencjalnych hitów :) A zatem – odliczanie czas zacząć! :)

I dziękuję wszystkim, którzy przetrwali do końca tego niedorzecznie długiego wpisu – wiem, że tym razem przegięłam już z kretesem, ale tak to się kończy, gdy coś zdobywa u mnie 10/10 :P Jeśli dożyjemy dnia, w którym zabiorę się za recenzję np. Neon Genesis Evangelion, okaże się zapewne, że wrażenia związane z Chihayafuru opisałam w bardzo oszczędnej formie :P

Reklamy

8 responses to “Chihayafuru – ku marzeniom! ku doskonałości!

  1. OMG! Widzę że znalazłam osobę która tak samo jak ja wczuwa się i dostrzega to anime, które jest dojrzałe i dające wiele rad życiowych <3 Dobrze przewidziałaś, że będzie nowa dziewczyna… ale niestety kocha się ona w Taichi ( też jemu kibicuję) Tak samo jak ty polubiłam karutę (bardzo mnie zaciekawiła) Liczę na koniec taki jaki opisałaś :)

    • Oj tak, Chihaya to jedna z najwyższych pozycji w moim rankingu – to anime jest dokładnie tym, co lubię najbardziej :) Miło trafić na osobę, która ma taką samą opinię :)
      Co do nowej postaci, Sumire, w gruncie rzeczy trudno jej się dziwić – padła ofiarą niezaprzeczalnego uroku Taichiego. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko nie stanie się realnym zagrożeniem dla potencjalnej pary Taichi/Chihaya ;)
      c
      Co do n

  2. Komentarz nie dotyczący wpisu… Ja cię kręcę oglądałaś Kaichou wa maid sama !!!!! To anime jest tak samo genialne jak Chihayafuru (tylko trzeba to umieć dostrzec) Super !!! <3

    • Kaichou wa Maid-sama jeszcze nie widziałam, aczkolwiek mam je na liście moich „must see”. Widziałam, że seria ta zbiera skrajnie różne opinie, ale to tylko kolejny powód do tego, by na własnej skórze przekonać się, o co tyle hałasu ;) Jako zdeklarowana fanka shoujo, jestem pewna, że prędzej czy później, i za ten tytuł się zabiorę ;)

  3. A spoko loko, ale serio zakochasz się w Kaichou wa maid sama ! <3
    Jakie jeszcze polecasz anime typu Chihayafuru ? Ja szukam i nie moge znaleźć ;/ Nie jestem pewna, ale chyba już zaobserwowałam tzn. tak mi się wydaje bo kliknęłam itp. Ile czasu zajmuje je Ci tak analizowanie tych anime ?

    • Serie w stylu Chihayi? Hmm, może Sakamichi no Apollon? :) Również bardzo ładna seria josei o przyjaźni, miłości, pasji i spełnianiu marzeń. Niestety z bardzo lekko zarysowanym wątkiem romantycznym – jeżeli np. szukasz jakiegoś romansu z prawdziwego zdarzenia, bezwzględnie poleciłabym Bokura ga ita. Trzeba się trochę przyzwyczaić do nietypowej grafiki, ale sama historia wprost cudowna :)

      Jeśli pytasz o pisanie jednej takiej recenzji, to zależy od długości – ale z reguły potrzebne jest mi na to całe popołudnie lub wieczór. Jakieś 3 godziny, czasem więcej ;)

  4. łzy lejące się strumieniami po moich policzkach, w głowie wciąż dźwięczy jedno pytanie, dlaczego mimo iż mamy już 110 rozdziałów mangi „Chihayafuru” relacje głównych bohaterów stoją na tym samym poziomie, jestem zrozpaczona brakiem spostrzegawczości u naszej Głupiej piękności. Drugi sezon anime troszkę mnie rozczarował, ponieważ oczekiwałam po nim choć odrobiny postępu, a tu mimo, że mamy już 18 odcinek akcja stoi w miejscu, poza tym od odcinka 12 oglądamy rozgrywki o puchar w Tokio i temu końca nie widać. Pierwszy raz bardzo się zawiodłam na „Chihayafuru 2”, gdy zobaczyłam odcinek 16, który okazał się być zapychaczem, to był istny koszmar, a ja tak czekałam na walkę. Wiem jedno w tej serii nic już się nie wyjaśni, pewnie nawet nie zobaczymy, jak Taichi zdobywa rangę „A” . Anime skończy się pewnie w momencie, gdy Mashima będzie przegrywał, pamiętajmy, że Chihaya poniesie duże straty po tym turnieju, mianowicie złamie sobie palca. Osobiście również widziałabym Shinoby w związku z Aratą, są jak dwie połówki jabłka, a poza tym Nasza Królowa dość wyraźnie okazuje swoje zainteresowanie Aratą. Początkowo myślała, że jest dla niej tylko rywalem, ale czuję, że bardzo się myliłam. Shinobu gardzi ludźmi, którzy grają w karutę drużynowo, twierdzi, że tak na prawdę nie kochają tej gry.
    Anime „Kaichou wa Maid-sama!” cóż kocham Misaki i Usuiego, szkoda tylko, że świat nigdy nie doczeka się drugiej serii, choć śmiało mogłaby już powstać, ponieważ obecnie manga liczy sobie 81 rozdziałów, a na ten rok ogłoszono jej zakończenie. Fani rozpaczają, ale nic nie poradzimy autorce mangi nie spodobała się ekranizacja pierwszego sezonu, w którego wchodzą wydarzenia z 35 rozdziałów, zgadzam się z nią w zupełności, faktem jest, że sporo wycięto i pozamieniano kolejność wydarzeń, a szkoda. Ja osobiście jeżeli maiłabym Ci coś polecić to w 100% byłoby to:
    „Skip Beat!”
    „Ayashi no Ceres”
    „True Tears”
    „Toradora”
    „Kokoro Connect”
    „Kimi Ga Nozomu Eien”
    Może kiedyś jeszcze coś mi się przypomni. Dzięki za wsparcie dla Taichiego oby zdobył to czego tak bardzo pragnie.

    • Trudno się nie zgodzić co do drugiego sezonu Chihayi. Akcja niemiłosiernie zwolniła. Nie oznacza to, że jest nudno, bynajmniej. Rozgrywki nadal są ciekawe, ale na takie rozciąganie pojedynczego turnieju można sobie pozwolić, kiedy ma się w zapasie dobre 50 odcinków. W tym przypadku jednak faktycznie zanosi się na to, że seria zakończy się z końcem obecnego turnieju – zakładam, że po rozgrywkach indywidualnych, czyli wciąż liczę, że jednak zobaczymy, jak Taichi zdobywa klasę A. Obstawiam, że sezon może się zakończyć na tym, jak Chihaya ląduje w szpitalu i po jednej z telefonicznych rozmów z Aratą, stwierdza, że zawsze będzie lubiła i karutę i Aratę właśnie. Bardzo bym nie chciała, żeby na tym właśnie stanęło, ale obawiam się, że w najbliższej przyszłości jest to najbardziej donośny moment, który można uznać za dobry pretekst na zakończenie serii. Pytanie tylko, czy Chihaya dostanie 3. sezon?
      Brak rozwoju relacji w mandze też mnie dobija. Coraz bardziej robi się z tego turniejówka, coraz mniej w tym obyczaju i romansu. A szkoda, bo jest ogromny potencjał ze strony postaci. Biorąc jednak pod uwagę, jak wolno powstaje manga, zaczynam się obawiać, że jeśli (o ile!) doczekamy się jakiegoś rozwiązania wątków obyczajowych, to może to potrwać całe lata :/ Ciężka sprawa…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s