Hyouka – nie wszystko złoto, co się świeci, nawet jeśli blask jest szczególnie piękny

hyouka_1Znacie to uczucie, kiedy przygotowując się do jakiegoś seansu wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że oto czeka Was spotkanie z absolutnym hitem, oczekujecie więc tej przygody z radością i podekscytowaniem? A znacie to uczucie, kiedy po kilku odcinkach tak wyczekiwanej serii dociera do Was brutalna prawda – że tak naprawdę zamiast hitu i arcydzieła macie przed sobą katastrofalne rozczarowanie, ujmując rzecz prosto i dosadnie, zwyczajny niewypał…?

Mnie taka właśnie sytuacja spotkała w trakcie seansu Hyouki – kolejnego cudownego dziecka Kyoto Animation, po którym spodziewałam się wiele, zdecydowanie za wiele. O Hyouce słyszałam od dawna. Biorąc pod uwagę, że to KyoAni, nie było zaskoczeniem, że seria już po pierwszych screenach wydawała mi się wizualną perełką. Na dodatek pierwsze odcinki były wysoce chwalone – cały Tumblr wręcz kipiał od Hyouki, od cudownych gifów z jeszcze cudowniejszymi postaciami. No i główny bohater – wizualnie ten typ chara-designu, który lubię najbardziej. Do tego, jak wynikało z pierwszych recenzji, urokliwie zblazowany, ironiczny i inteligentny, ale przy tym piekielnie leniwy. Brzmi znajomo? Ano brzmi – jakby Tomoyą Okazakim zalatywało. A żeby poczucie podobieństwa było jeszcze mocniejsze, Oreki, główny bohater Hyouki posiadał ten sam głos – cudownego, jak zawsze Yuuichiego Nakamury. Składając to wszystko do kupy, tak naprawdę liczyłam na kolejny cukierek w stylu Clannada – udoskonalony wizualnie przez kilka lat praktyki, które minęły od czasu premiery tejże serii. Czy oczekiwałam za wiele, czy po prostu tak mocno skonkretyzowane oczekiwania sprawiły, że rzeczywisty obraz wydał mi się tak nieatrakcyjny? Na dobrą sprawę nie wiem. Wiem jedynie, że Hyouka stała się dla mnie wyjątkowo bolesnym rozczarowaniem.

hyouka_2

Zaczęło się dobrze – grafika mnie powaliła. Wydaje mi się, że KyoAni przeszło samo siebie, jeśli chodzi o ten właśnie tytuł. To już nie były po prostu ładne postaci czy bogate tła. Do tego doszło sporo animacyjnych eksperymentów – ilekroć Oreki przepracowywał jakąś zagadkę, pojawiały się absolutnie fascynujące wstawki wykorzystujące najróżniejsze techniki animacyjne. Urozmaicało to cały tok myślenia w sposób niezwykle czarujący. Nie wspominając już nawet o pierwszej scenie, w której Chitanda wykrzyknęła swoje sławetne „watashi kininarimasu!” – a zahipnotyzowany jej wzrokiem Oreki poczuł się, jak schwytany w sieć, co symbolizować miały oplatające go włosy Chitandy. Takich perełek jest mnóstwo. Wszystko jest tak śliczne, że aż narzuca nam przekonanie, że musi być też świetne pod względem treści – jakże trudno nie oceniać w tym przypadku książki po okładce! To kwestia, którą poruszałam już przy Byousoku 5 cm.

Problem jednak w tym, że dość szybko zorientowałam się, iż po odarciu Hyouki z jej powalającej animacji, fabularnie pozostaje tu niewiele. Mamy tutaj do czynienia z serią detektywistyczną – dzieciaki nie rozpracowują jednak zagadki morderstwa, czy kradzieży drogocennego obrazu :>  Hyouka to przy tym wszystkim obyczaj z życia szkoły, a zatem zagadki, na które bohaterowie się natykają, mają pozostawać w granicach prawdopodobieństwa. I owszem, pozostają. Problem jednak dotyczy ich natury. O ile jestem jeszcze w stanie pojąć np. zagadkę złodziejaszka, który podczas festiwalu szkolnego podkrada różne drobiazgi z poszczególnych klubów, o tyle przy „zagadkach” typu „Oreki, Oreki, a dlaczego zezłościłam się na nauczyciela? Zupełnie nie rozumiem. Watashi kininarimasu” + błysk w oku lub „Dlaczego mój nauczyciel angielskiego tylko raz ucieszył się na widok helikoptera, chociaż normalnie ich nie lubił?”, zwyczajnie szlag mnie trafiał. Nie chodzi o to, że są to kiepskie zagadki – chodzi o to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby tego za prawdziwe zagadki. Oglądając tę serię, czułam na plecach oddech nieustannej paranoi – każda możliwa scena, kwestia, przedmiot, osoba mogły stać się obiektem wielkiej tajemnicy, którą nasz Houtarou Holmes musi rozpracować. To wprost niesamowite, w jakich miejscach i okolicznościach bohaterowie odnajdywali powód do wszczęcia śledztwa. Szczerze zazdroszczę tym, którzy czerpali z tych dochodzeń przyjemność – dla mnie były one niemiłosiernie nudne i zwyczajnie idiotyczne. Większość z tych zagadek mogłabym nazwać jednym określeniem – szukaniem dziury w całym. Tak naprawdę te stosunkowo najlepsze odcinki Hyouki były tymi, w których zagadki odgrywały rolę marginalną – gdy dochodzenie wysuwało się na pierwszy plan, całość traciła dla mnie na wartości.

hyouka_7

Kiepskie pomysły fabularne to jednak nie największy zarzut, jaki mogę pod adresem Hyouki wystosować. Największą tragedią tej serii są, jak dla mnie, jej bohaterowie. To straszne, bo jak kilkakrotnie już zaznaczałam, dla dobrze nakreślonej postaci jestem w stanie przejść przez najsłabszą nawet fabułę – to bohater jest dla mnie kluczem do sukcesu danej serii, czy też, jak w tym przypadku, przyczynkiem do jej porażki. Od dobrze skonstruowanego bohatera wymagam kilku rzeczy: jako takiej wiarygodności psychologicznej, pewnej dozy przemiany wewnętrznej, którą postać przechodzi w toku fabuły, a także umiejętności przekonującego nawiązywania relacji z innymi bohaterami. W Hyouce żadna z postaci nie była mi w stanie zaoferować ani jednej z tych cech.

Przejdźmy przez nich po kolei, zaczynając od drugiego planu.

hyouka_6

Mayaka Ibara – słodkie to i urocze jak czekoladowe fondue. Tylko dlaczego ona przez calutką serię chodziła ciągle naburmuszona, poirytowana, zwyczajnie wściekła jak osa? Kompletnie tego nie pojmuję. Zwłaszcza, że Mayaka nie jest typem zrzędy, która na wszystko reaguje negatywnie, bo tak. W kilku nielicznych interakcjach z Chitandą czy Satoshim pokazuje, że potrafi być też sympatyczna i radosna. A jednak przez większość serii ciągle się krzywi i wszystkich strofuje. Nie ogranicza się w tym do Orekiego, którego z jakiegoś, niestety nieznanego nam powodu, tak wyraźnie nie lubi. Wiemy, że Oreki, Satoshi i Ibara znają się jeszcze z gimnazjum – czy choćby śladowe naświetlenie ich znajomości z tamtego okresu nie pomogłoby w zrozumieniu obecnych ich relacji? Wiemy, że Mayaka jest zakochana w Satoshim i nie wstydzi się tego okazywać. A jednak i dla niego rzadko jest naprawdę miła – bardzo szybko przestałam mu się dziwić, że cały czas ją od siebie odsuwa. Oczywiście faktyczne wytłumaczenie tego stanu rzeczy okazało się o wiele bardziej wydumane i bzdurne, ale dla mnie sam fakt tego, że Ibarę widzimy ciągle z potwornym grymasem na twarzy, wystarcza już za powód do wszelkiej wobec niej niechęci. To nie jest też typowa tsundere, bo w całym swym naburmuszeniu Mayaka nie jest bardzo agresywna czy rozogniona. Ona po prostu ma cały czas focha. Inaczej tego nazwać nie mogę. Jak można lubić taką postać? Naprawdę próbowałam i naprawdę chciałam – zwłaszcza, że Chitanda jakoś od początku mi nie leżała. Chciałam więc polubić chociaż bohaterkę z drugiego planu, tym bardziej, że uczestniczyła w klubie mangi i miała najsłodszy chara-design z całej obsady. Niestety, bardzo szybko w boju o sympatię dla Mayaki poległam.

hyouka_8

Dalej mamy Satoshiego. Z nim również wiązałam wielkie nadzieje. Ponownie dałam się zwieść aurze KyoAni i przekonaniu, że staję oto przed kolejnym Clannadem. Oreki i Satoshi, to miała być taka swobodna wariacja na temat Okazakiego i Sunohary – zbieżność duetu seiyuu siłą rzeczy to podkreślała. W Hyouce jednak postanowiono wiernemu giermkowi głównego bohatera nadać też „psychologicznej głębi”. Zdaje się jednak, że ten, kto za temat odpowiadał, zbyt wiele się wcześniej naczytał poradników dla emo-nastolatków, gdyż w efekcie z Fukube, zamiast nieco zagubionego i zakompleksionego nastolatka (zakładam, że tym miał być w zamiarze), wyszedł kompletnie nieprzekonujący egocentryk. Tragedia życia Satoshiego polega na tym, że wie iż nigdy w niczym nie będzie najlepszy – oczywiście ani słowem nie tłumaczy się nam, widzom, skąd takie oto cudowne wnioski na swój temat Fuku-chan wyciągnął. Może tę zagadkę powinien zbadać Oreki, zamiast głowić się nad tym, dlaczego wicedyrektor wzywa do swojego gabinetu uczniów robiących zakupy w pobliskich sklepach… Satoshi samodzielnie skazuje się więc na rolę przeciętniaka. Wypada w tym jednak nieprzekonująco – zdaje się, że mamy patrzeć na niego i myśleć sobie coś w rodzaju: „Nigdy nie wygrywa, ale tak dzielnie to znosi!”. Ano znosi – tyle, że nie dzielnie, a irytująco. Fukube cały czas gra beztroskiego wesołka. Mówi o tym, że nigdy nie będzie najlepszy, że potrafi tylko gromadzić informacje, ale nie umie ich już analizować, że nie jest dość dobry, że nawet gdyby się starał, pozostanie tylko przeciętnym szaraczkiem i tak dalej, i tak dalej – uśmiech mu jednak przy tym z gęby nie schodzi. Rozumiem, że miał wyjść na pogodnego i pogodzonego z losem, na dojrzałego – w moim odczuciu wyszedł jednak na postać sztuczną, pozbawioną prawdziwie ludzkich emocji. Finalnie dowiadujemy się, że Satoshi odpuścił wszystko, bo boi się, że jeśli się na coś naprawdę nakręci, to znów stanie się maniakiem z obsesją na punkcie wygrywania – brzmi to co najmniej, jak wyznanie alkoholika z 20-letnim stażem w nałogu, który boi się napić lampki szampana. Alkoholik ma prawo do swojego strachu, ale czy 16-letni Satoshi, który chodzi do pierwszej klasy liceum i jest zdrowym, pogodnym i niegłupim chłopakiem ma prawo do takiego rozdmuchiwania swojej sytuacji? Zwłaszcza, że z tego powodu odrzuca Mayakę, którą, jak się okazuje, kocha – lęka się jednak, że jeśli z nią będzie, to rozpocznie to dla niego nowy etap manii, tym razem na jej punkcie. Że co? Że jak? Psychologia rodem z kolorowych pism dla gospodyń domowych. Postać, która przeżywa tego typu dramat emocjonalny nie jest dla mnie wiarygodna – zwłaszcza, że częstokroć miałam wrażenie, że sam nie do końca wierzy w to, co mówi. Gdyby jego kompleksy w istocie sięgały tak głęboko, czy jego zachowanie w jakikolwiek sposób by tego nie odzwierciedlało? Niestety, Satoshi to kolejna postać, której nie byłam w stanie kupić.

hyouka_3

Kolejna na liście jest Chitanda. Córka dystyngowanego rodu – niedorzecznie uprzejma i zawsze zachowująca wszystkie przesadne formy nienagannego zachowania młodej panienki z bogatej i potężnej rodziny. Ok, tak została wychowana – patrząc na jej rodowód w tę część jej charakteru można uwierzyć, aczkolwiek nie przydaje jej ona szczególnie ludzkiej twarzy. Chitanda jest nieustannie ciekawa – wszystkiego. Przy czym zahacza to o absurd, skoro od innych oczekuje, że pomogą jej się dokopać do zapomnianych i smutnych wspomnień o własnym wujku czy też powodów, dla których zezłościła się na nauczyciela. Przez tego typu zagrania, Eru sprawia wrażenie osoby niedorozwiniętej umysłowo – być może jej śliczna główka po brzegi wypełniona została niuansami wszystkich tych poprawnych społecznie zachowań i manier, tak że zabrakło miejsca na choćby odrobinę samodzielnego myślenia. W każdym razie po kilkunastu odcinkach wydaje się, że Chitanda, bez pomocy Orekiego nie byłaby w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie zaczynające się od „Dlaczego…”, nawet jeśli jego dalszy ciąg brzmiałby „… swędzi mnie nos”. To jednak na bok – załóżmy, że jest to motor napędowy, bez którego nasz leniwiec pospolity Oreki nie kiwnąłby palcem przez cały okres życia licealnego. Kolejny poważny problem z kreacją Chitandy polega na tym, że nie dowiadujemy się o niej praktycznie niczego ciekawego – nawet nie podejmuje się wysiłków, by nadać jej głębi psychologicznej, nawet tak karkołomnych wysiłków, o jakich pisałam akapit wcześniej odnośnie Fukube. Chitanda po prostu jest – wiemy, że pochodzi z takiej a takiej rodziny i na tym basta. Poza tym, że jest radosnym słoneczkiem, które ciągle jest ciekawe, mamy szansę oglądać ją jedynie przez pryzmat jej rodu. Chitanda jest jego reprezentacją, ale za cholerę nie ma w tym miejsca na jakikolwiek indywidualizm. Tak, jakby jako dziedziczka familii musiała złożyć na ołtarzu rodu swój charakter. Jest potwornie wręcz papierową postacią. Ciągle uprzejma i grzeczna, ułożone oblicze traci tylko, gdy coś zaczyna ją ciekawić. Z jednej strony to chorobliwe zaciekawienie każde nam przypuszczać, że jest to dziewczyna wrażliwa i bardzo zaangażowana w życie innych. Przy tym wszystkim miałam jednak poczucie, że jest postacią najbardziej oszukaną – nawet nie dostała szansy na to, by pokazać swoje jednostkowe oblicze. Nie posiada własnych marzeń – są one warunkowane przez cele familii. Eru, córka rodu Chitanda, jest w istocie żywą lalką, w którą wciela się w ostatnim odcinku – narzędziem w rękach potężnej rodziny, którego jedynym przejawem indywidualizmu jest kompulsywne zaciekawienie. Chitanda nie jest dla mnie irytująca jak Mayaka czy niewiarygodna jak Satoshi – Chitanda jest dla mnie przezroczysta. Najbardziej nijaka główna bohaterka po Madoce – z tym, że w przypadku Madoki nijakość miała jeszcze jakiś fabularny cel. W przypadku Chitandy jest to po prostu jakieś okrutne zaniedbanie i niedopatrzenie ze strony twórców.

hyouka_4

I na koniec Houtarou Oreki. Nie jestem w stanie nawet opisać, jak bardzo chciałam go polubić, jak absolutnie byłam pewna, że przyjdzie mi to naturalnie, bez najmniejszego wysiłku. Tymczasem się nie udało. Z grona wszystkich postaci Orekiego i tak lubię najbardziej – biorąc jednak pod uwagę poziom konkurencji, nie jest to szczególne zwycięstwo dla tej postaci. Oreki jest zblazowany, leniwy, przy tym jednak pieruńsko inteligentny. Jego filozofia życiowa jest prosta – najlepiej nie robić, a jak już robić, to tak, żeby się przy okazji jednak za bardzo nie narobić. Nie ukrywam – podejście dobrze mi znane i wysoce kompatybilne z moim własnym :> Pojawia się tutaj jednak pewien błąd w początkowej fazie konstrukcji – po tego typu „społecznie nieogarniętych” bohaterach spodziewamy się z reguły jakiegoś rozwoju. Może niekoniecznie przeobrażenia w przykładnego obywatela-społecznika, ale ewolucja na poziomie emocjonalnym wydaje się naturalna, by nie powiedzieć konieczna. Nie twierdzę, że Houtarou nie przechodzi żadnej przemiany – na koniec sam zaczyna przejawiać pewne oznaki Chitandowej ciekawości i motywacji. Nie wspominając o tym, że finalnie uświadamia sobie kiełkujące w jego sercu uczucia wobec Eru. Wszystko to jednak sprawy jednostkowe. Oreki nijak nie zmienia swojej filozofii – po prostu robi od niej okazjonalne wyjątki. W gruncie rzeczy jednak pozostaje tą samą osobą, co na początku. To po prostu nie jest dobry chara-development. Co gorsza jego uczucia wobec Chitandy na tle nieco upośledzonej emocjonalności też tracą na potencjalnym uroku – zdaje się wręcz czasami, że dziewczyna rusza go jedynie ze względu na swoje walory fizyczne. Charakterologicznie przecież ta dwójka nie ma ze sobą absolutnie nic wspólnego – Oreki, owszem nie może się oprzeć świecącym na różowo oczom Chitandy i jej „watashi kininarimasu”, ale poza tym zdaje się ją traktować z jakimś lekceważącym dystansem. Wyjątek stanowi tutaj odcinek walentynkowy, który ogólnie na tle serii wypada dość dziwnie – nagle każdy bohater zostaje wyposażony w nietypowe dla niego zachowania i emocje. Jednak po dwudziestu odcinkach nijakości, zamiast przydawać im to bardziej ludzkich rysów, sprawia raczej wrażenie czegoś nienaturalnego. Wracając jednak do Orekiego – w pierwszych odcinkach jest świetny. Ale, gdy z upływem serii nic się w nim nie zmienia, cechy z początku atrakcyjne i oryginalne, zaczynają jawić się jako nudne i męczące. Na koniec pojawia się kwestia podobna, jak w przypadku Satoshiego – skoro jest aż tak mocno zakorzeniony w swojej postawie, że przez całą serię nie jest się w stanie zmienić, to z czego to właściwie wynika? Jaki jest powód takiego, było nie było, dość nietypowego dla nastolatka w okresie dojrzewania zachowania Orekiego? Wiemy, że raczej tego z domu nie wyniósł – wystarczy popatrzeć na jego zawsze pełną energii i aktywną siostrę. Takie zblazowanie i filozofia życiowa powinny z czegoś wynikać. A w tym przypadku nie wynikają. Oreki, choć najsensowniejszy z całego grona, nadal pozostaje dla mnie postacią niewiarygodną, po prostu kiepsko zbudowaną.

hyouka_5

To postaci osobno. Pozostaje ostatnia już kwestia, czyli ich bytu grupowego. Po pierwsze – wygląda na to, że klub klasyczny to absolutny zwycięzca w kategorii niszowych klubów dla totalnych opierdalaczy :> Poza przygotowaniem antologii przez calusieńki rok to czteroosobowe kółko nie zrobiło absolutnie nic. Więcej, nikt z nich tak naprawdę nie wie, czym jest klub klasyczny – w związku z tym można przecież równie dobrze przychodzić do pustej sali, pić herbatkę, jeść ciasteczka i czytać mangi, prawda? Doskonałe :P Druga sprawa, już bardziej serio – w Hyouce w pewnym momencie bardzo zaczął doskwierać mi brak rozwoju więzi między poszczególnymi bohaterami. Kluby szkolne, a raczej ich obraz, jaki otrzymujemy w japońskim anime, to stowarzyszenia, które gromadzą fanów pewnej dziedziny i pomagają im się ze sobą zaprzyjaźnić. Nie każdy klub jest tak zafiksowany na punkcie swojej ustawowej działalności, jak np. klub karuty z Chihayafuru. Są też kluby, które przez cały rok zasadniczo nic pożytecznego nie robią po to, by ewentualnie na jakimś dorocznym festiwalu zabłysnąć jednym wystąpieniem – nie szukając daleko wystarczy spojrzeć na inne dzieła KyoAni, takie jak Clannad czy Chuunibyou demo Koiga Shitai! Jeśli jednak klub jako taki nie robi nawet nic pożytecznego, to praktycznie zawsze następstwem jego istnienia są przyjaźnie powstające między jego członkami. W Hyouce tak na dobrą sprawę nie ma i tego. Jasne, Oreki i Satoshi się przyjaźnią – ale to relacja wyniesiona jeszcze z czasów gimnazjum. Podobnie z uczuciem, jakim Mayaka darzy Fuku. Jednak w okresie działalności klubu klasycznego bohaterowie nie zbliżają się do siebie. Spędzają ze sobą czas, ale kiedy akurat nie rozwiązują jakiejś kolejnej „fascynującej” zagadki, po prostu siedzą razem w jednym pomieszczeniu, każde zajęte własnymi sprawami. Porywają się nawet na wspólny wyjazd do gorących źródeł, ale na dobrą sprawę każde chodzi tam własną drogą. Są ze sobą jakby od niechcenia. Gdyby nie wspólne śledztwa tak naprawdę nic by ich nie łączyło. Podczas seansu cały czas o tym myślałam – tu już nie chodzi o to, że jako romans Hyouka się nie sprawdza. To nawet nie jest dobra opowieść o przyjaźniach szkolnych. Nie dość, że dostajemy bohaterów, którzy na koniec serii są niemal dokładnie tacy sami, jak na jej początku, to jeszcze ich znajomość nie przechodzi żadnej ewolucji – dynamika grupy jaka była w pierwszym dniu, taka i jest w dniu ostatnim.

Hyouka nie jest więc szczególnie dobrą serią detektywistyczną. Nie jest też okruchami życia o pierwszych szkolnych miłościach i przyjaźniach. Opowiada po trochu o wszystkim – i zgodnie ze znanym porzekadłem – w efekcie o niczym.

hyouka_9

Nie spotkałam się chyba jeszcze z serią, która byłaby dla mnie aż takim zawodem. To pewnie ze względu na początkowe, mocno zawyżone oczekiwania – zapewne bez nich rozczarowanie byłoby mniejsze. Hyouka jest jedną z tych serii, które jakikolwiek swój urok w 80% zawdzięczają doskonałej oprawie graficznej, a trochę też i muzycznej, bo i na tym polu produkcja spisuje się nieźle. Z tego względu trudno jest mi temu anime wystawić szczególnie złą ocenę. Nie jest to porażka rzędu np. Sukitte Ii na yo, które przetrwałam tylko dzięki temu, że przy ostatnich odcinkach zaczęłam to traktować jako parodię gatunku, bo na poważnie nie szło z tym wytrzymać. Nic z tych rzeczy – Hyoukę można obejrzeć, nie jest wybitnie nudna, choć na pewno w wielu miejscach niepotrzebne udziwniona. Mój główny zarzut skupia się jednak na wyjątkowo słabo wykreowanych bohaterach, którzy nie byli u mnie w stanie wzbudzić ani sympatii, ani nawet empatii. Moja ocena końcowa to coś około 4-5/10, ale tylko ze względu na oprawę wizualną. Bez niej byłoby góra 3.

Lekcja na dzisiaj – jeśli oczekujesz czegoś dobrego, może cię spotkać rozczarowanie; jeśli oczekujesz czegoś niedobrego, może cię spotkać coś, co wcale nie jest takie złe. Dewiza godna Houtarou Orekiego :P

Advertisements

2 responses to “Hyouka – nie wszystko złoto, co się świeci, nawet jeśli blask jest szczególnie piękny

  1. Dam Ci bardzo dobrą radę:) Nigdy nie wierz w produkcje studia Kyoto Animation, bo u nich zawsze wszystko jest ładne, ale fabularnie zazwyczaj leży i kwiczy. Podobne odczucia mam względem studia Shaft, które potrafi stworzyć takie cuda jak „Sayonara Zetsubou Sensei” czy „Mahou Shoujo Madoka Magica”, ale potrafi też stworzyć takie gnioty jak „Denpa Onna to Seishun Otoko” (graficznie jest to jednak prawdziwe cudeńko) i „Dance in the Vampire Bund”. To drugie studio wypada jednak moim zdaniem o niebo lepiej od tego pierwszego.

    „Hyouka” wynudziła mnie niemiłosiernie od pierwszego odcinka i aż trudno mi uwierzyć, że udało mi się w ogóle przebrnąć przez tę serię. Po pierwsze nie rozumiem jak można zrobić ponad 20 odcinków zupełnie o niczym! W przypadku „Sukitte Ii na yo” miałam przynajmniej świadomość, że szybko się to skończy przez wzgląd na niewielką liczbę odcinków, a tutaj już po trzecim odcinku byłam zmuszona żyć nadzieją, że upragniony koniec wreszcie nadejdzie. Pomijając już kompletny brak fabuły to muszę się z Tobą zgodzić, że bohaterowie również nie prezentują sobą niczego ciekawego. Przede wszystkim są jak duchy – zupełnie bezbarwne, śmigające bez celu tu i tam. Chitanda z kolei nie wygląda nawet jak duch tylko jak ciele. Za każdym razem jak widziałam jej zdumioną twarz wyobrażałam sobie cielaka prowadzonego na rzeź. To dziwne skojarzenie, ale nie mogłam się od niego odpędzić.

    • Haha :) Niewątpliwie masz rację z tą radą :) Tylko, że ja jestem zawsze tak naiwną optymistką (lub mówiąc bardziej dosadnie – frajerką :P), która każdorazowo wierzy, że za ślicznymi obrazkami pójdzie też śliczna fabuła – o ile łatwiej byłoby przebierać i wybierać kolejne serie, gdyby ta zasada była obowiązująca! Z KyoAni mam ten problem, że ogromnie mnie uwiedli Clannadem i tak za każdym razem, gdy rozważam, czy nie sięgnąć by po kolejną ich serię, łudzę się, że może będzie powtórka z rozrywki. A potem zamiast tego jest rozczarowanie. Przy czym Hyouka jest chyba największym z dotychczasowych – Kanon czy jakieś tam Chuunibyou… przynajmniej do czegoś zmierzało. Można spiąć tę fabułę i w kilku zdaniach powiedzieć, o czym to jest i jakim przesłaniem się kończy. Tymczasem Hyouka to zlepek luźno powiązanych epizodów, których twórcy tak bardzo skupili się na przekombinowywaniu kolejnych wielkich zagadek, że po drodze zapomnieli, iż wypadałoby jakoś to wszystko ze sobą skleić i zrobić z tego zamkniętą w całość kompozycję. W efekcie zabrakło rozwoju postaci, rozwoju relacji między nimi, a nawet sensownego finału – zamiast tego kolejny zwykły odcinek, z którego absolutnie nic nie wynikało. Sporo masz racji wywołując Sukitte Ii na yo – tam była podobna nijakość fabuły i równie beznadziejny finał. Ale raz, że – jak zauważyłaś – męka była o wiele krótsza, a dwa, że tam przynajmniej udawano, że całość do czegoś zmierza, a mianowicie do ewolucji głównej bohaterki. Tutaj, w toku fabuły kompletnie zapomniano o bohaterach i dopiero na ostatnie dwa epy na siłę i kompletnie bez przekonania pokazano nam, że jakoś tam się parować zaczęli.

      Najbardziej mnie zdumiewa, że patrząc na rankingi popularności, Hyouka naprawdę dobrze się trzyma. Próbuję sobie wyobrazić, komu się ten tytuł mógł spodobać. Można by się upierać, że zagorzałym fanom Kyoto Animation, ale nie jest co do tego przekonana – bo fabularnie ta produkcja naprawdę odbiega od ich średniej. Nawet, jeśli banalne i płytkie, to zawsze próbują zawrzeć w swoich seriach jakieś przesłania. A Hyouka? Może ja czegoś nie zauważyłam, albo odpowiednią część z nudów przespałam, ale tutaj nie było nawet szczątkowego morału. A o ile dla ładnej kreski można coś obejrzeć, to o tyle tylko z jej powodu to wysoko oceniać, to już przesada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s