Kamisama Hajimemashita – w sam raz na lekkostrawny podwieczorek

kamisama-hajimemashita-01

Kamisama Hajimemashita, obok Tonari no Kaibutsu-kun, było moim ulubionym tytułem sezonu jesiennego. O mały włos bym się z tą serią całkiem nie rozminęła – finalnie jednak trafiła ona na moją listę i udało mi się ją szybciutko nadrobić. I prawda jest taka, że jestem tym tytułem oczarowana. Ci, którzy już znają, wiedzą, ci którzy jeszcze nie poznali, niech nie mają złudzeń – nie jest to najbardziej ambitne czy najlepiej poprowadzone anime na świecie. Bohaterowie też nie wywracają systemu do góry nogami. A jednak, w zalewie wielu słabych i przesadnie przedramatyzowanych shoujowców, które próbują udawać, że oto dokopują się do sensu istnienia, tytuł pokroju Kamisama Hajimemashita przypomina co jest w tym gatunku najlepszego – lekkość, słodycz, humor i odrobina prostego, a przy tym przyjemnego w oglądaniu romansu. Tak niewiele, a tak o to czasem trudno.

Nanami, główna bohaterka tej opowieści, ma 17 lat i z powodu długów hazardowych ojca straciła właśnie dach nad głową. Siedząc wieczorem w parku i rozważając, co powinna z tym fantem uczynić, natyka się na Mikage, tajemniczego mężczyznę cierpiącego na zaawansowaną postać kynofobii ;) Po wysłuchaniu historii Nanami, Mikage proponuje jej odstąpienie własnego domu – miejsca, z którego odszedł przed 20 laty i nie za bardzo ma ochotę do niego powracać. Wręczając dziewczynie krótkie wskazówki co do drogi i składając na jej czole, ku jej zaskoczeniu i zakłopotaniu, krótki pocałunek, Mikage wysyła Nanami w drogę. A że dziewczyna nie za bardzo ma inne wyjście, korzysta z uprzejmości nieznajomego. Mapka prowadzi do wrót starej, zaniedbanej świątyni, w której Nanami witają nietypowi gospodarze – dwa duszki patronujące oraz rozwścieczony lisi youkai, Tomoe. Pomijając nadprzyrodzoną naturę komitetu powitalnego, równie zaskakujące są ich słowa – twierdzą, że dziewczyna jest ich nowym bóstwem. Nanami odbywa przyspieszony kurs wiedzy tajemnej – okazuje się, że Mikage był bóstwem opiekującym się świątynią, w pewnym momencie jednak postanowił z niej odejść, pozostawiając ją pod pieczą Tomoe, swojego sługi. Gdy ten zaś dowiaduje się, że jego pan zamiast powrócić do domu, przysyła w swoim zastępstwie człowieka, wpada w jeszcze większy szał i mimo znaku na czole, który nosi Nanami (tak, tak, wynik pocałunku Mikage), odmawia uznania jej za swoją panią. Po kilku, nie do końca drobnych, komplikacjach dziewczyna zmusza jednak Tomoe, by uznał jej zwierzchność – związuje go ze sobą kontraktem między panem a sługą, który wciela w życie, składając na ustach youkai pocałunek. I tak oto lis staje się wiernym sługą swojej ludzkiej pani, a ona sama wkracza na drogę bóstwa ziemskiego.

kamisama-hajimemashita-03

Tematyka youkai cieszy się w anime dużą popularność – gdy zaś mityczny duch przybiera do tego formę przepięknego bisha, staje się wręcz oczywiste, że taka postać się sprzeda, zaś wraz z nią prawdopodobnie i cała seria. Nie inaczej jest w tym przypadku. Zanim jednak o bohaterach, przystańmy na chwilę przy fabule.

Po tego typu serii, mimo jej boskich bohaterów, nie należy oczekiwać cudów – takowych tutaj nie dostajemy. Wiemy, że Nanami zostaje wybrana nowym bóstwem ziemskim świątyni Mikage – jak szybko i dość szorstko tłumaczy jej Tomoe, nowa rola wymaga od niej nakładów ciężkiej pracy. I faktycznie, widzimy jak w pierwszych odcinkach Nanami próbuje doskonalić swoją umiejętność posługiwania się urokami oraz łączyć przeznaczenia zakochanych – wszak, wedle słów Tomoe, skutecznie wypełniane obowiązki swata dla osób proszących o przychylność, mają pomóc dziewczynie we wspinaniu się po drabinie mocy nadprzyrodzonej. Temat jednak, jak szybko się pojawia, tak szybko też i znika. Przez większość serii Nanami jako bóstwo nie robi nic – oczywiście nieustannie ma do czynienia z innymi boskimi istotami, ale to raczej w wymiarze wpadania w ich pułapki, z których z niezwykłym zapałem wyciąga ją jej wierny sługa. Dopiero na wielki finał tematyka boskości nastolatki powraca na tapetę – bardziej chyba celem zgrabnego zamknięcia serii, aniżeli ukazania faktycznej metamorfozy, którą Nanami jakoby przeszła. Czym więc wypełniona jest cała środkowa część serii? Tym, w czym shoujo jest najlepsze – perypetiami sympatycznej i energicznej dziewczyny, która skutecznie, choć ze sporym trudem przebija się przez skorupę szorstkiego i zdystansowanego bizona. To seria, która nie rości sobie żadnych praw do bycia czymś więcej, aniżeli tym, na co wskazuje jej przyporządkowanie gatunkowe: shoujo, romans, komedia. Taka prostolinijność i w pewnym stopniu również banalność, działa jednak na korzyść tytułu – przyciągnie on tylko tych widzów, którzy nastawieni są na bardzo konkretny typ rozrywki. Aby przekonać się o jej poziomie, i o tym czy nam on odpowiada, wystarczy tak naprawdę obejrzeć pierwszy odcinek. Jest on dokładną reprezentacją tego, czego można się spodziewać w dalszej części serii. Jest to pozycja przeznaczona dla wielbicieli gatunku i nawet nie próbuje jakimikolwiek sztuczkami wabić innej widowni.

kamisama-hajimemashita-08

Do zalet serii należą również jej bohaterowie – i to niekoniecznie tylko ci pierwszoplanowi. Tomoe stanowi bardzo udaną realizację klasycznego bishounena z dodatkiem magicznego elementu youkai, który czyni go tym ciekawszą i bardziej urokliwą postacią. Z początku niechętny wobec swojej nowej pani, stale jednak czuwa nad jej bezpieczeństwem – choć bywa dla niej szorstki, czasem wręcz okrutny, zawsze o nią dba i przedkłada ją nad wszystko inne w życiu. Nic więc dziwnego, że Nanami szybko traci dla niego głowę. Wraz z kolejnymi odcinkami, rzucone zostaje światło na przeszłość lisa – zaczyna się jawić jako tragiczny bohater dawnej historii miłosnej. To udany zabieg reżyserski. Z jednej strony dostajemy garść informacji o Tomoe, które dowodzą nam, że potrafi on szczerze kochać i że w jego sercu tkwi bardzo głęboka i tragiczna zadra – to doskonały sposób na trafienie we wrażliwe serduszka nastoletnich widzów. Z drugiej jednak strony większość akcji skupia się na teraźniejszości, w której Tomoe jest szorstki, władczy, ironiczny, emocjonalnie pozbierany – mimo więc, że wiemy o jego tragicznej przeszłości, nie jesteśmy nią bombardowani co 5 minut. Bohater zyskuje na tym wielowymiarowość, a widzowie nie tracą nerwów na nieustanne oglądanie cierpiącego Wertera – wilk syty i owca cała :)

kamisama-hajimemashita-02

Jeśli zaś chodzi o Nanami – wszyscy wiemy, jak to bywa z bohaterkami shoujo. Naiwne, by nie powiedzieć głupie, nieogarnięte życiowo, pasywne, pozbawione charakteru. W tym aspekcie Kamisama Hajimemashita zdaje się skutecznie uciekać od standardu – Nanami to dziewczyna ze wszech miar sympatyczna, żywiołowa, uparta, pełna temperamentu. Niewątpliwie da się ją lubić – oczywiście, miewa też momenty irytujące, ale warto zaznaczyć, że dochodzi do nich głównie w odniesieniu do jej stanu emocjonalnego związanego z Tomoe. Jakkolwiek nas widzów, ciągłe wahania bohaterek shoujo, ich niezdecydowanie, naiwność i wątpliwości mogą męczyć, to prawda jest taka, że realne 17-latki w stanie zakochania nie są wcale bardziej rozsądne, zdecydowane czy opanowane :) Patrząc z boku na tego typu zachowania naszych bohaterek, widzimy mnóstwo błędów w dedukcji i zachowaniu, których, jak sądzimy, sami byśmy nigdy nie popełnili – ale czy aby na pewno? Sama doskonale pamiętam, że jako zakochana 17-latka miewałam huśtawki emocjonalne, których nie powstydziłaby się dojrzała kobieta w szczytowym momencie hormonalnego przekwitania :P Tego typu kreacje nie są tak bardzo odległe od rzeczywistości, jak mogłoby nam się wydawać. Zaś w przypadku Nanami wypada to tym bardziej przekonująco, że o ile dziewczyna dużo czasu poświęca na rozmyślania o swoich uczuciach względem Tomoe i o tym, co on czuje do niej, to jednak nie daje się temu całkowicie zahukać – jej egzystencja nie zostaje całkowicie podporządkowana uczuciu, nie zanikają inne aspekty jej osobowości, do końca, mimo wzrastającego uczucia, cechują ją spora doza niezależności i szacunku dla samej siebie. To postać bardzo naturalna, ze wszystkimi swoimi wadami, a przy tym wzbudzająca sporo sympatii.

kamisama-hajimemashita-04

Relacja między tą dwójką jest motorem napędowym tej serii. Miejscami może banalna, ale pełna iskrzenia. Tomoe i Nanami tworzą duet, w którego chemię się wierzy – choć potrafią się wdawać w bardzo intensywne i hałaśliwe spory, gdy przychodzi co do czego, obydwoje stoją za sobą murem. Jedno dla drugiego jest w stanie ryzykować wszystkim. Zarówno jako niezależne postaci, jak i jako para dostarczają widzom dużo rozrywki, a czasem i nieco wzruszeń.

kamisama-hajimemashita-09

Na drugim planie trafiamy na niemniej atrakcyjne kąski – mam tu na myśli głównie Mizukiego i Kuramę, którzy podobnie jak Tomoe cechują się pierwiastkiem nadprzyrodzonym i nie inaczej, niż on, zainteresowani są osobą naszej głównej bohaterki.

Mizuki, choć z początku może przyprawiać o ciarki, pojawia się bowiem w serii jako nieco psychopatyczny strażnik opuszczonej świątyni, który porywa Nanami w celu zawarcia z nią związku małżeńskiego – to jednak z czasem okazuje się doskonałym elementem komediowym serii. Jest przeciwieństwem Tomoe – wygodny, woli pić sake i odpoczywać, aniżeli pracować, ciekawi go świat ludzi, nie ukrywa swojej sympatii wobec Nanami, jest radosny i otwarty. Taki kontrast nie tylko urozmaica akcję, ale jest też przyczynkiem do wielu zabawnych sytuacji – nie jest to może humor najwyższego lotu, ale przyznam, że nieczęsto zdarza mi się wybuchać tak głośnym i nieopanowanym śmiechem, jak zrobiłam to, widząc Mizukiego z wielkim zapałem i przekonaniem próbującego wygrać na flecie akompaniament do boskiego tańca Nanami :)

kamisama-hajimemashita-05

Kolejnym męskim pierwiastkiem w tym, zahaczającym nieco o reverse harem zespole, jest Kurama – mega popularny piosenkarz, który zaczyna uczęszczać do szkoły Nanami, w rzeczywistości jednak nie jest człowiekiem, a youkai, tym razem kruczym. Jego wygląd boleśnie przypomina o tragicznym, chętnie jednak promowanym przez azjatycką popkulturę, wizerunku sfeminizowanego mężczyzny, ubranego i wymalowanego w stylistyce gotyckiej. Na dzień dobry Kurama próbuje zabić Nanami – chce zjeść jej serce, co zapewniłoby mu przejęcie funkcji bóstwa ziemskiego. Oczywiście wierny giermek naszej heroiny na to nie pozwala – gdy już, już chce dokonać dekapitacji, Nanami mu tego wyraźnie zabrania, darowując życie Kuramie i zyskując tym samym jego wdzięczność. Bohater ten nie ma do odegrania w fabule większej roli – pojawia się jako koło ratunkowe (gdy trzeba zapłacić za taksówkę, a nie ma się przy sobie pieniędzy) lub wujek dobra rada (gdy trzeba uświadomić Tomoe, że jego zachowanie może doprowadzić do rozkochania buzującej nastoletnimi hormonami Nanami), ale jego obecność zawsze pociąga za sobą mniej lub bardziej udane gagi.

kamisama-hajimemashita-06

Z powyższego opisu łatwo domyślić się, że Kamisama Hajimemashita nie pretenduje do miana serii szczególnie wartościowej czy głębokiej w swym przesłaniu. Jak wspomniałam na początku, to lekki i zabawny romans, który ma dać nam chwilę wytchnienia i rozrywki. Przy tak utrzymanej konwencji, serii nie zaszkodziłoby wydłużenie do rozmiaru 20-kilku odcinków. Zwłaszcza, że manga, na podstawie której anime było realizowane, dostarcza niezbędnego ku temu materiału. Zakończenie historii na 13 epizodach, nie jest jednak też i grzechem ze strony twórców – zwłaszcza, że robią to w zgrabny sposób, domykając serię na tyle sensownie, że oglądając finał, faktycznie czujemy, że jest to finał, a jednocześnie na tyle subtelnie, że kontynuacja, choć zapewne mało prawdopodobna, miałaby dużo sensu i bezwzględną rację bytu.

kamisama-hajimemashita-07

Kamisama Hajimemashita to kwintesencja shoujo również pod względem grafiki. Projekty postaci są bardzo typowe dla tego gatunku – dziewczęta cechują się wielkimi oczami, całkiem uroczymi rumieńcami i długimi, szczupłymi sylwetkami. Ostatnia z tych cech jest również typowa dla męskich bohaterów serii – jedyne, z czym na początku miałam problem, to przyzwyczajenie się do koszmarnie długich paznokci Tomoe czy Kuramy oraz do makijażu tego drugiego. Pieczołowitość przy rysowaniu postaci ujawnia się również przy ich strojach – co prawda dużą część serii spędzają w mundurkach szkolnych, gdy jednak mają wolne, każdego dnia ubierają inny strój. Na uwagę zasługuje również fakt, że jako słudzy świątyń z dużym poczuciem obowiązku, Tomoe i Mizuki noszą tradycyjne stroje japońskie – kimona, hakamy, haori. To niewątpliwa gratka dla fanów takich widoków. Kolorystyka serii jest przyjemna dla oka, pełna jasnych i zróżnicowanych barw, zaś animacja odznacza się płynnością i lekkością. Tła czasem się rozmazują, jest sporo scen, w których zamiast jakichkolwiek scenerii, dostajemy bohaterów na gładkich, kolorowych planszach – w serii tego typu nie ma to jednak większego znaczenia i nie sprowadza myśli na temat oszczędności reżyserów. Muzycznie cudów nie ma – opening i ending wpadają w ucho, ale nie pozostają w nim na szczególnie długo, zaś w środku nie uświadczymy niczego szczególnie doniosłego z tego prostego względu, że nie ma tutaj zbyt wiele momentów, w których koniecznie by było budowanie napięcia za pomocą muzyki.

Mimo, że seria ta nie jest fabularnym arcydziełem, uważam, że każdy nowy sezon powinien zawierać co najmniej jeden tego typu tytuł – coś lekkostrawnego, co od razu można włożyć do odpowiedniej szufladki i albo do niej regularnie zaglądać, albo zamknąć na zamek i więcej nie wracać. Sądzę, że rozczarowanie się tą serią jest niemożliwe, jako że po pierwszym odcinku (a nawet po wstępnym opisie) zostaną przy niej wyłącznie ci widzowie, którzy lubią taki typ komedii romantycznej. To po prostu kawał solidnego shoujo.

Advertisements

4 responses to “Kamisama Hajimemashita – w sam raz na lekkostrawny podwieczorek

  1. Dziękuje Ci !!! Dzięki tobie znalazłam to anime i się zakochałam w nim, jest cudowne <3 Obejrzałam cały sezon dzisiaj, tak się wciągnęłam :)
    Jeszcze raz Ci dziękuje !!!

    • A to cieszę się bardzo, że pomogłam Ci trafić na Kamisama Hajimemashita, bo faktycznie seria jest bardzo urokliwa i wciągająca. Sama też obejrzałam ją w dwa popołudnia, a potem po kilku tygodniach zrobiłam sobie jeszcze jeden seans ;) Powinno być więcej takich lekkich i sympatycznych serii.

  2. Też bardzo spodobała mi się ta seria. Szczerze mówiąc sporo bardziej od Tonari no Kaibutsu-kun, które w tym sezonie zdobywało dużo lepsze opinie. Kamisama miała jednak w obie tyle uroku, a bohaterowie byli tak sympatyczni, że w ogólnym rozrachunku to ona podbiła moje serducho :)
    Ps. Moment z fletem był bezcenny :DDD

    • Dla mnie odrobinę przewagi miało jednak Tonari…, może dlatego, że oglądałam na bieżąco, co tydzień niecierpliwie wyczekując nowego odcinka, w efekcie czego zapamiętałam seans jako bardziej emocjonujący ;) KH obejrzałam w dwa popołudnia, jak już była cała seria, stąd emocje nieco słabsze.

      Niemniej, zupełnie zgadzam się z Twoją opinią – dostaliśmy tu przegląd absolutnie sympatycznych postaci, których nie dało się nie lubić :) Po dodaniu do tego, może nieszczególnie odkrywczej, ale bardzo solidnej shoujo-fabuły, wyszło coś przemiłego i relaksującego w odbiorze. Szkoda, że ani w ramówce zimowej, ani w wiosennej nie ma tego typu tytułu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s