Zima 2012/2013 – pierwsze wrażenia (cz.2)

Chihayafuru 2 - OP - Large 06

Trochę już późno na drugą część pierwszych wrażeń z sezonu, który w tym tygodniu dobijać będzie z większością serii do połowy swego czasu emisji. Niemniej, staram się walczyć ze swoim słomianym zapałem i zmuszam się do dokończenia raz rozpoczętego zadania :> A zatem zimowych pierwszych wrażeń część druga – tym razem na tapetę idą dwie serie: Amnesia i Chihayafuru 2, jedna budząca skrajnie złe, druga skrajnie dobre emocje…

Amnesia

amnesia-videojuego

O czym to jest: Pierwszego sierpnia, o poranku, nasza bohaterka budzi się i odkrywa, że nic nie pamięta. Nagle pojawia się przed nią tajemniczy chłopiec – przedstawia się jako “duszek” o imieniu Orion. Dziewczyna postanawia z jego pomocą jakoś odzyskać swoje wspomnienia… aż w pewnej chwili dzwoni telefon. Nie rozpoznaje ona imienia na wyświetlaczu, ale nieznajomy podobno jest “chłopakiem” – bohaterka postanawia się z nim spotkać, choć pomimo największych wysiłków, nie jest w stanie przypomnieć sobie jego twarzy.

Liczba obejrzanych odcinków: 4

Pierwsze wrażenia: Z ekranizacją gry otome miałam dotychczas styczność tylko raz – przy serii z sezonu letniego 2012, Arcana Famiglia. Sądziłam, że AF jest serią słabą, by nie powiedzieć złą, stąd też po kilku odcinkach ją porzuciłam. Teraz jednak, po zapoznaniu się z Amnesią, widzę, że AF było arcydziełem, absolutnym majstersztykiem pod względem fabuły i postaci :P Coś tak złego, jak Amnesia zdarza się rzadko. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że prawdopodobnie, gdyby nie główna bohaterka, byłoby to nawet ciekawe. Słowo daję, że tak irytującej istoty w serii anime nie widziałam od czasów Chibiusy z Sailor Moon. Każda słodka, tępa i naiwna moe panienka jest lepsza, niż heroina Amnesii – więcej, wszystkie razem wzięte są nadal mniej wkurzające, aniżeli ta panna. Kilka dni temu znęcałam się nad Mei Tachibaną, nazywając ją wypraną z charakteru kluchą. Przy bohaterce Amnesii, Mei jawi się jako żywe srebro, niezwykle rezolutna, zaradna i gadatliwa duszyczka :P Tak, jest aż tak źle.

Bohaterka budzi się bez wspomnień. Nigdy nie miałam amnezji, ale wydaje mi się, że gdyby mnie ona dotknęła, poczułabym panikę na tyle mocną, by natychmiast pierwszej napotkanej osobie, która wydaje się mnie kojarzyć, powiedziałabym, że nic nie pamiętam i że muszę się dostać do szpitala. Widać jednak, wraz ze wspomnieniami, bohaterka Amnesii utraciła też zdolność logicznego myślenia – ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że być może nigdy jej nie posiadała – ponieważ, zamiast kogoś zaalarmować, za namową przyjaznego duszka Oriona, który nieustannie wisi jej nad głową i objaśnia otaczający ją świat, nasza heroina postanawia udawać, że nic się nie stało i nikogo nie informować o swoim stanie – nawet chłopców, którzy przedstawiają się jej jako przyjaciele z dzieciństwa. To tylko początek istnego maratonu kretynizmu, który absolutnie każdym swoim zachowaniem przejawia bohaterka. Naprawdę trudno byłoby mi wyliczyć wszystkie wady tej istoty. Jest kompletnie bezwolna, sprawia wrażenie opóźnionej w rozwoju, nie umie mówić pełnymi i poprawnymi zdaniami – zamiast tego wydaje z siebie jakieś pojedyncze sylaby i to najbardziej irytującym głosem ever. Zamiast wykazać choćby odrobinę przytomności umysłu i aktywności w drodze do odzyskiwania wspomnień, dziewczyna biernie dostosowuje się do wszystkiego, co dzieje się wokół, nawet gdy pozbawione jest to logiki, a jedyne jej działania ograniczają się do spadania z urwisków, wchodzenia pod nadjeżdżające tiry i omdlewania. Zamiast niej seria mogłaby opowiadać o dmuchanej lali z sex-shopu – raz, że chociaż fani ecchi mieliby radochę, dwa że nawet silikonowa lalka miałaby szansę odgrywać swoją rolę z większym zaangażowaniem, aniżeli właściwa heroina.

Jak już wspomniałam, seria oparta jest na grze otome, a zatem na typowym randkowcu, przeznaczonym jednak dla dziewcząt, jako że w grze wcielamy się w rolę dziewczyny, która może wybierać ze stada bizonów i kolejno przechodzić poszczególne ścieżki. Spotkałam się z kilkoma opiniami na temat tego, że w Amnesii wręcz widać momenty, w których w grze następowała przerwa na dokonanie wyboru. Nie mam doświadczenia w tego typu grach – raz zdarzyło mi się grać w eroge, gdy na fali fascynacji po seansie Clannada, sięgnęłam po grę będącą jej pierwowzorem. Jednak nawet bez doświadczenia, faktycznie w Amnesii takie momenty dostrzegam. To w ogóle nie jest seria fabularna w klasycznym rozumieniu tego słowa – to jest sfilmowana gra i zwyczajnie to widać. Zresztą, oparcie anime na grze otome wymusza kilka innych chwytów, które zostają w serii zastosowane. Główna bohaterka nie ma imienia – wszystko po to, by grające dziewczyny mogły łatwiej się z nią identyfikować. Z tym, że jak dla mnie, efekt osiągnięty przez ten zabieg, jak na ironię podkreśla naczelną cechę heroiny – jej totalny brak osobowości i charakteru. Jest tak bardzo pozbawiona wyrazu, że brak imienia nawet tutaj pasuje :> Imię w jakikolwiek sposób by ją indywidualizowało – tymczasem jest ona tworem absolutnie pozbawionym cech indywidualnych (o ile nie liczyć za takowe głupoty, upośledzenia umysłowego etc :P).

Poza nieszczęsną naszą bohaterką, seria naszpikowana jest bishami. Po pierwszym odcinku wydawało mi się, że to na nich spadnie ciężar uprzyjemniania mi tej serii, ale bardzo szybko przekonałam się, że zupełnie mu oni nie podołają. Bishe co prawda mają więcej oleju w głowie, niż heroina – potrafią też mówić pełnymi zdaniami. Ale poza tym są schematyczni do bólu – nijak nie wychodzą ze swoich szufladek. Mamy Shina, typowego bisha emo, nieco mroczny, nieco niedostępny, wiecznie posępny, ciągnący za sobą z lekka zwietrzały zapaszek przebrzmiałego romantyka. Mamy Tomę, typ bisha pogodnego i otwartego, chłopaka z sąsiedztwa, którego żadna heroina, w tej czy innej serii, nigdy na koniec nie wybiera – o takich mówi się, że są zbyt mili. Mamy Ikkiego, bisha-casanovę, który prawdopodobnie zalicza wszystko, co się rusza i jest z tego bardzo dumny – typ skończonego egocentryka, rozkochującego w sobie wszystkie panie, a pewno i nie tylko panie. Mamy też Kenta, typ bisha-intelektualisty, zdystansowanego, poukładanego okularnika, który bierze wszystko na chłodno i trzy razy kalkuluje potencjalne skutki, zanim się czegoś finalnie podejmie. To najbardziej podstawowe i popularne kalki, z których kopiowane są bizony do animowanych romansów – problem w tym, że żeby taka kalka ożyła, potrzebne jest nadanie jej jakiegoś rysu również spoza kanonu podstawowych cech. Tutaj panom się tego skąpi – właściwie nie są odbiciami kalek, są wcielonymi kalkami, z których dopiero coś by odbijać należało.

Najbardziej smuci mnie jednak to, że przy tym panteonie katastrofalnych bohaterów, Amnesia zdaje się mieć ciekawą fabułę – przynajmniej w założeniu. Pierwszego sierpnia heroina budzi się bez wspomnień i zaczyna poruszać po znanym jej kiedyś świecie, w którym teraz jednak nikogo nie rozpoznaje. Gdy zdarza się nieszczęśliwy wypadek (nie na tyle jednak nieszczęśliwy, żeby zabić tę wywłokę), bohaterka budzi się i z zaskoczeniem odkrywa, że ponownie jest pierwszy sierpnia, a ona leży w szpitalu po jakimś wypadku. Zdobyte niedawno wspomnienia, dezaktualizują się, gdy do jej pokoju wchodzi Shin i uświadamia jej, że są parą, choć przecież po pierwszym przebudzeniu nic takiego nie miało miejsca. Gdy bohaterka ma kolejny wypadek (choć wchodzi pod tira, niestety znów nie doznaje urazów śmiertelnych), budzi się w domu i okazuje się, że teraz jej przydupasem jest Ikki. Co kilka dni linia czasowa, w której żyje heroina, resetuje się, a dziewczyna budzi się po raz kolejny pierwszego sierpnia i rozpoczyna życie w świecie rządzonym nowymi prawami. Jakby na to nie patrzeć, jest to ciekawe. Anime realizuje w ten sposób wszystkie ścieżki dostępne w grze. Jakiś czas temu zaczęłam oglądać serię Amagami SS, która korzysta z podobnego zabiegu – anime oparte na eroge wypełnia całostkami składającymi się z 3-4 odcinków wszystkie ścieżki, a zatem pokazuje bohatera w zestawieniu ze wszystkimi bishoujo z gry. Przyznam jednak, że w połowie drugiej ścieżki, zaprzestałam seansu, gdyż mimo interesującego pomysłu, seria posiadała, podobnie jak Amnesia, stado kompletnie nieznośnych bohaterów, z protagonistą na czele. Różnica między tymi tytułami jest jednak taka, że w Amnesii bohaterka świadoma jest resetów – nie chodzi więc o to, żeby pokazać widzom jedną ścieżkę, zrealizować ją i zamknąć, po czym zacząć serię od nowa, tyle że podążając drugą ścieżką. W Amnesii to taki mindfuck, bo resety ewidentnie są przez kogoś kontrolowane. Nie wiadomo jednak, który świat jest tym prawdziwym i dlaczego bohaterka bierze w tym wszystkim udział. Sama nie wierzę, że to mówię, ale zamysł sam w sobie, jest po prostu ciekawy.

Na koniec kilka jeszcze słów o stronie technicznej. Jakże mi się ta seria nie podoba! Projekty postaci są raczej typowe dla serii shoujo, ale nie zmienia to faktu, że z powodu kretyńskich fryzur i strojów przedstawiają się tragicznie. Jak tak patrzę na tych chłopaczków w strojach pajaców, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Rozumiem, że pracują w jakiejś zboczonej knajpie, ale czy muszą te stroje przenosić też na ulice? Zresztą, pal licho ulice! Myślałam, że padnę, jak zobaczyłam to stado przebierańców w drodze na wycieczkę integracyjną na łonie natury. Środek lata, słońce świeci, widać, że ciepło i pogodnie, a tu mroczny Shin siedzi w pociągu w grubych czarnych rękawicach, będących nieodłącznym elementem jego stroju błazna. Szczytem jednak był Kent, ubrany w płaszcz, którego Neo z Matrixa na pewno bardzo by mu pozazdrościł, i chadzający w tymże pancernym niemal wdzianku środkiem leśnych ścieżek…

Animacja też jest słaba – postaci poruszają się nienaturalnie, nie ma w ich ruchach choćby odrobiny płynności. Heroina stawia kroczki takie, jakby przez pierwsze 15 lat życia trzymano ją w ciasnym kimonie i szkolono na truchtającą jak laleczka gejszę. Drewniany Pinokio miał w swoich ruchach więcej naturalności, aniżeli panowie z Amnesii. Ujęcia są statyczne, na twarzach bohaterów nie malują się żadne emocje, tła są pustymi planszami, przez które miasto akcji wygląda na opuszczone przez wszystkich ludzi, poza grupką naszych przebierańców. Najbardziej idiotycznie wypadają momenty, gdy heroina oddaje się wewnętrznej zadumie i z bolesnym niemal oporem próbuje dojść do jakiegoś wniosku – w takich chwilach wszyscy wokół zamierają, niczym aktorzy w amatorskim teatrzyku i czekają, aż młoda skończy myśleć. Baaaaardzo naturalne. Dokładnie to samo dzieje się w momentach, gdy Orion, który na szczęście w ostatnich odcinkach gdzieś się ulotnił, tłumaczy coś bohaterce – wszyscy wokół cierpliwie czekają, aż skończy, zanim powiedzą coś lub podejmą przerwaną przed chwilą czynność. Nic to przecież, że Oriona, poza heroiną, nikt nie widzi. Zresztą, sam pomysł takiego przewodnika jest katastrofalnie prymitywnym chwytem fabularnym – istotka, która objaśnia świat, bo przecież tak jest szybciej i łatwiej, niż ukazać go widzom za sprawą samej akcji. Jak by zresztą można to zrobić, skoro akcji za wiele tutaj zwyczajnie nie ma… I chyba na tym zakończę wylewanie żółci :P

Ocena: 2/10

Werdykt: Cały czas nie wiem. Niby już sobie powiedziałam, że rzucam to anime po 3. epizodzie, a jak przychodzi kolejny wtorek, to ściągam następny odcinek – teraz już 5. na mnie czeka. Z jednej strony jest ten ogólny pokręcony zamysł, który gdzieś tam mnie ciekawi. Ponadto ta seria należy do grona tych dzieł, które są tak złe, że aż dobre :P Co tydzień oglądam nie wierząc, że może być jeszcze gorzej, a tymczasem jest coraz gorzej. Chociaż sceny, w których ta niemota z czegoś spada/pod coś wpada niewątpliwie mnie rozweselają. Pozostaje liczyć, że na koniec serii uszkodzi się ze skutkiem śmiertelnym. Tego życzę sobie i wszystkim, którzy wbrew zdrowej logice, zdecydują się tę serię pociągnąć do końca.

Chihayafuru 2

chihayafuru201-op2

O czym to jest: Kontynuacja zeszłorocznej serii – zainteresowanych odsyłam do dłuższej recenzji.

Liczba obejrzanych odcinków: 4

Pierwsze wrażenia: O nieprzytomnym zachwycie tą serią pisałam już w jednej z ostatnich recenzji. Póki co drugi sezon trzyma klasę i poziom zaprezentowane przez sezon 1. Mam czasem wrażenie, że odrobinę pogorszyła się grafika, czy raczej projekt postaci, jako że animacja sama w sobie nadal stoi na poziomie ponadprzeciętnym. Pomijając jednak tę kwestię, mamy tutaj do czynienia z kontynuacją w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie czuć było żadnego niewygodnego przeskoku, podtrzymany został klimat, charakter postaci, sposób prowadzenia narracji. Jest bosko, liczę, że będzie jeszcze lepiej :)

2. sezon zapoznaje nas z nowymi członkami klubu karuty. W szeregi znanych już graczy wkracza Sumire, pierwszoklasistka z totalną manią na punkcie a) swojego wyglądu, b) idei miłości i c) Taichiego, który jest powodem jej wstąpienia do klubu. Sumire jest postacią wywołującą we mnie dwojakiego rodzaju emocje. Z jednej strony jako potencjalne (maleńkie, ale jednak potencjalne) zagrożenie dla shipu Taichi x Chihaya budzi moją niechęć – ostatnio sama debatowałam na temat tego, że trójkąt romantyczny, z którym w Chihayi mamy poniekąd do czynienia, najłatwiej rozwiązać poprzez wprowadzenie czwartego elementu dla wyrównania sił. Mam jednak nadzieję, że owym elementem nie okaże się właśnie Sumire. Pomijając jednak ten fakt, dziewczyna ma w sobie potencjał – cały pierwszy sezon tego anime pokazał nam, że jeśli w Chihayafuru coś jest robione naprawdę dobrze, to jest to character development. Sumire jest postacią najbardziej wymagającą poprawy – dołączyła do klubu wyłącznie z egoistycznych i bardzo powierzchownych pobudek. Na karucie się nie zna, z początku nawet nie udaje, że grę szanuje. To coś, czego dotychczas w tym anime nie widzieliśmy – nawet nowicjusze tacy, jak Kana czy Desktomu podchodzili z pewnym nabożnym szacunkiem do tej trudnej i opartej na długiej tradycji grze. Sumire macha na to ręką i mówi – jestem młoda i ładna, muszę mieć faceta. To postać z pozoru płytka, jednak jej płycizna daje paradoksalnie największe możliwości rozwoju. Wiadomo, że Kana, dojrzała i odpowiedzialna, nigdy nie przejdzie takiej przemiany, jaką przejść może pustostan umysłowy typu Sumire. Początki tego procesu możemy oglądać właściwie od drugiego odcinka, kiedy to w heroicznej scenie Sumire decyduje się poświęcić swoje zadbane paznokcie, dotychczasową dumę nastoletniej ślicznotki i ścina je, by móc lepiej (i bezpieczniej dla przeciwników) grać w karutę. Jak długo trzyma się z dala od Taichiego, tak długo zamierzam ją tolerować, kto wie, może nawet polubić ;)

Drugim nabytkiem klubu jest Tsukuba, świr w wydaniu creepy, o powierzchowności jaszczurki. Jemu poświęcono znacznie mniej czasu i uwagi, niż Sumire, okazuje się jednak, że i on posiada cechy różnicujące. Za to kocham ten tytuł. Nawet bohaterowie z trzeciego, czy wręcz epizodycznego planu, dostają cechy indywidualne, własny charakter, własną historię, własne tło. Wiemy, że ktoś taki jak Tsukuba nigdy nie wejdzie na pierwszy plan, nie stanie na równi z Chihayą, Taichim, czy nawet wiecznie nieobecnym Aratą. Ale nie oznacza to, że w związku z tym można go potraktować jako element jednokolorowego tła. Tsukuba jest o tyle dla klubu nabytkiem ciekawym, że przez lata trenował on tzw. „second verse karuta”, czyli inną odmianę znanej nam gry, w której lektor, zamiast czytać pierwszy wers danego wiersza, czyta drugi. To karuta, ale zupełnie inna – po szczegóły takie, jak ten, że karty, zamiast na papierze, drukowane są na drewnie. To zupełna nowość dla pozostałych członków klubu, a znając Chihayę, która od każdego swojego oponenta chłonie przydatną wiedzę, niczym gąbka, zapewne i w grze Tsukuby znajdzie jakiś ciekawy dla siebie element.

Jeśli zaś chodzi o bohaterów stałych – tu póki co nie ma większych zmian. Chihaya angażuje się coraz bardziej – zdaje się jednak, że paleta jej marzeń się poszerza. Nie chce być już tylko Królową sama dla siebie – chce również wygrywać z turniejach grupowych, a przy okazji uczynić ze swojego szkolnego klubu karuty potężne stowarzyszenie corocznie przyciągające nowych członków. Greedy much? A i owszem, ale na tym chyba polega urok tej wiecznie bujającej w obłokach dziewczyny, która podczas turniejów, zamiast cieszyć się, że dostała za oponenta słabszego gracza, z którym na pewno sobie poradzi, rozpacza, że nie dostała najsilniejszego przeciwnika, od którego mogłaby się przecież czegoś nauczyć – o karucie w ogóle, ale też i o swoim stylu gry.

Za nami też jeden odcinek tzw. Taichifuru :P I o ile mnóstwo osób zżyma się na cały epizod poświęcony panu idealnemu, ja nie mogłabym być bardziej zachwycona. Cały czas jestem pod wrażeniem rozwoju Taichiego oraz konstrukcji jego postaci – głębi i prawdopodobieństwa psychologicznego. Taichi nie jest tłem dla Chihayi – nie jest to postać, którą postrzega się przez pryzmat odrzucenia (zdaje się wciąż nieświadomego) przez główną bohaterkę. To postać, która zdobyła własną tożsamość i choć mnóstwo jego poczynań, szczególnie na początku, motywowanych jest przez Chihayę, to teraz widzimy go już jako człowieka, który walczy o coś dla siebie, a nie dlatego, by zostać zauważonym przez swoją sympatię.

A jeśli już o tym mowa, kilka Taichi x Chihaya smaczków już się pojawiło. Pierwszy odcinek rozłożył mnie totalnie, w momencie, w którym Chihaya przyznała, że w tej chwili najważniejszą dla niej kwestią jest to, by Taichi awansował do klasy A. Słodka Chihaya oczywiście mówi te rzeczy nieświadomie – to po prostu punkt na liście do spełnienia swojego wielopłaszczyznowego marzenia. Pewnie równie mocno chciałaby, żeby finalnie Kana i Desktomu awansowali do klasy A, ale fakt, że to Taichiego wymienia najpierw i widok tego, jak fakt ten biedaka uskrzydla… Ach, OTP i niech nikt nawet nie próbuje się wdawać ze mną na ten temat w polemikę :P Chihaya nic nie rozumie, to pewne i nawet nie łudzę się, że na dnie jej naiwnego serduszka jest wobec Taichiego coś więcej, aniżeli przyjacielskie przywiązanie. Ale ona wciąż o nim myśli i wciąż na niego patrzy – kolejna scenka rodzajowa z epizodu 4., gdy Taichi prosi o ręcznik do otarcia twarzy, a Chihaya, mimo że sama jest w środku meczu, natychmiast rzuca się, taranując przy okazji Desktomu, byle tylko podać Taichiemu swój ręcznik. Ona ciągle na niego patrzy – nawet, kiedy wygląda to tak, jakby go nie dostrzegała.

A co z trzecim wierzchołkiem tej naszej miłosnej figury? Araty, standardowo nie ma. Przyznam, że fakt ten pozwala mi wierzyć, że jeśli nadejdzie dzień, w którym Chihaya poczuje coś więcej wobec któregoś ze swoich kolegów, jej wybór padnie mimo wszystko na Taichiego. Faktem jest, że to z Aratą Chihayę wiąże czerwona nić przeznaczenia. Faktem jest, że to do opisu ich relacji sięga się po poezji ze zbioru 100 wierszy. Ale z konstrukcyjnego punktu widzenia nie robi się czegoś takiego – nie pokazuje się rozwoju, zwłaszcza tak pięknego i szczegółowego, jak u Taichiego, po to by na koniec bohaterka wybrała kogoś, kogo widz praktycznie nie zna, bo pojawiał się raz na 3 czy 4 odcinki w jednej scenie. Arata podarował Chihayi jej marzenie – na tym poziomie naprawdę wierzę, że łączy ich przeznaczenie. Ale to Taichi pomaga Chihayi to marzenie spełniać – to on zawsze jest obok, gdy przegrywa i gdy wygrywa, to dzięki niemu dziewczyna może dojrzeć. Przeznaczenie łączące dwie osoby, to wielka siła, ale jeśli miałabym wskazać główny temat, który realizuje ta seria, to byłoby to przesłanie o wartości pracy i doskonalenia się na rzecz spełnienia swoich marzeń. A realizacją tego właśnie przesłania jest nie Arata, a Taichi. Po prawdzie, może wyjść tak, że Chihaya nikogo nie wybierze, że dostaniemy typowe otwarte zakończenie. Ale sądzę, że jeśli już na kogoś się zdecyduje, to mimo całego przeznaczenie i romantycznego rozdzielenia z Aratą, będzie to Taichi.

Tak, tak, pierwsze wrażenia, przeszły bardzo płynnie w kolejne dywagacje na temat ogólnego wydźwięku serii. Postaram się więc na koniec wrócić już bezpośrednio do nowej serii. Przyznam, że natychmiast moją uwagę zwróciły nowe opening i ending – nowe nie tylko ze względu na klip, ale również na muzykę. Co ciekawe, ta nowość to kolejna odsłona idei kontynuacji. Ponownie bowiem do openingu zaangażowany został zespół 99RadioService, a do endingu Asami Seto, czyli seiyuu Chihayi. Chihayafuru 2 to kontynuacja w pełnym tego słowa znaczeniu :)

Ocena: 9/10

Werdykt: Ten zapadł już przed pierwszym odcinkiem nowej serii. Dopóki będą Chihayę robić, dopóty będę ją oglądać. Nie ukrywam, że już teraz marzy mi się kolejny sezon, zwłaszcza, że materiału mangowego cały czas przybywa ;)

Tyle odnośnie drugiej części pierwszych wrażeń. Czy będzie trzecia, nie wiem. Na pewno będę się starała :) Co z tego wyjdzie, czas pokaże.

Advertisements

4 responses to “Zima 2012/2013 – pierwsze wrażenia (cz.2)

  1. Okey, pierwsze pytanie … Gdzie tu jest przycisk: obserwuj tego bloga ?
    Masz zarąbistego bloga <3 Czytam i czytam, a co do Araty i Chihayi to:
    W pierwszym sezonie była rozmowa chihayi i kany ( na temat Araty) i nasza bohaterka wyrecytowała poemat ( z karuty) i powiedziała; choć poemat przypomina bardziej miłość dziewczyny i chłopaka, tak naprawde jest o ich przyjaźni. Tak samo jest ze mną i Aratą ( czyli uważa go tylko za swego przyjaciela ) JEJ to punkt dla Taichiego ! Sorki, że takie dodaje komentarze. Uwielbiam twój blog <3

    • Haha :) Po prawej stronie, tak trochę na dole, jest menu subskrypcja z niebieskim przyciskiem „Obserwuj” ;) Niezmiernie mi miło, że spodobał Ci się ten blog :)

      Między Chihayą a Aratą istnieje bardzo silna więź, co do tego nie ma wątpliwości. Ale mimo wszystko cały czas mi się wydaje, że jeżeli już Chihaya kogoś wybierze, to właśnie Taichiego – nie na darmo chyba oglądamy przez tyle czasu, jak ten chłopak się rozwija, jak się stara, jak cały czas zbliża się do swojej sympatii, żeby potem odniósł porażkę ;) Od kiedy w pierwszej serii zaczęli pokazywać teraźniejszych, dorosłych bohaterów i ich losy, zawsze wydawało mi się, że finalnie Arata wygra tytuł Mistrza karuty, a Taichi tytuł wybranka Chihayi ;) Przecież autorka tej serii nie mogłaby być tak okrutna, żeby dać Aracie aż dwa zwycięstwa, a Taichiemu żadnego, prawda? ;) Zwłaszcza, że widać, iż naprawdę Mashimę lubi jako swoją postać. Choćby cały fandom upierał się, że endgamem jest tutaj Arata i Chihaya, ja zawsze będę twierdziła, że bardziej sensownym wyborem, z wielu powodów, jest Taichi :)

      I dzięki za odwiedziny :) Zapraszam ponownie ;)

  2. Hejka :) Zauważyłaś że w pierwszym sezonie było więcej wątków Chihaya&Taichi niż w drugim ? Mam nadzieję że akcja się rozkręci, no i nie moge się doczekać pojedynku Królowej i Chihayi (po tej zmianie) !!!

    • Oj, zdecydowanie jest tego mniej, a nawet jeśli widzimy jakieś ich wspólne momenty, to zbyt duży, moim zdaniem, nacisk kładzie się na zazdrość Taichiego wobec Araty. To zaczyna niestety męczyć – gdyby poszły za tym jakieś aktywne czyny ze strony Taichiego, byłoby ciekawiej, ale tak, to po prostu pasywna agresja. Zobaczymy, co będzie dalej. W tym sezonie jeszcze większy nacisk kładzie się na indywidualny rozwój postaci, stąd może wątki „związkowe” są nieco zaniedbane. Ale mam nadzieję, że prędzej czy później i w tym wymiarze akcja ruszy naprzód i jeśli nie dostaniemy nawet jednoznacznego rozwiązania tego trójkąta miłosnego, to chociaż po drodze pojawi się kilka ładnych wspólnych momentów Chihayi i Taichiego :)

      I ja również bardzo wyczekuję kolejnego pojedynku Chihayi i Shinobu – zwłaszcza, że Shinobu-chan staje się coraz bliższą i lepiej sportretowaną postacią. Na pewno będzie ciekawie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s