Jesień 2013 – pierwsze wrażenia (cz.3)

Galilei Donna 35

Mam już spory poślizg w temacie pierwszych wrażeń z sezonu jesiennego – ale obiecałam sobie mimo to nie poddawać się i wytrwać w zamiarze opisania wszystkich kilkunastu serii, na które postanowiłam się skusić. A zatem lecimy naprzód ;) Dzisiaj czas na Diamond no Ace, Gingitsune i Galilei Donna.

Diamond no Ace

Daiya no A 02

O czym to jest: Opowieść ta śledzi losy Eijuna Sawamury, miotacza, który dołącza do szkoły posiadającej elitarną drużynę baseballową ze wspaniałym łapaczem Kazuyą Miyukim na czele. Razem z resztą ekipy, poprzez determinację oraz ciężką pracę, stara się on sięgnąć po legendarne mistrzostwo Koushien.

Pierwsze wrażenia: Jak już wspominałam przy okazji zapowiedzi, lubię baseball – rzecz jasna do oglądania, gdyż grać nigdy nie miałam okazji. Dlatego mimo, że nie do końca przemawiają do mnie serie sportowe, postanowiłam się skusić na Diamond no Ace. Póki co nie żałuję.

Daiya no A 33

Głównym bohaterem tej historii jest Eijun, kończący właśnie gimnazjum, beztroski i wygadany chłopak, którego największą pasją jest gra w baseball. Różni się od jednak nieco od typowych hobbystów, których znamy z innych serii sportowych. Eijunowi nie tyle zależy na tym, by być najlepszym baseballistą na świecie, ale na tym, by zawsze grać w swojej ukochanej, szkolnej drużynie. Eijun to gracz zespołowy – twierdzi, że do gry w baseball nie trzeba wielkich boisk, czy profesjonalnego sprzętu (wystarczy przecież kawałek drewna i piłka!), za to tym bez czego gra jest niemożliwa, jest właśnie drużyna. Także nakama power od pierwszego odcinka i to pełną gębą ;) Z tego też powodu Eijun pragnie dostać się do tego samego liceum, do którego idą jego przyjaciele z gimnazjalnej drużyny i absolutnie nie robi na nim wrażenia fakt, że pewnego dnia w jego domu zjawia się Rei Takashima, jedna z trenerek drużyny Seidou powstałej w największej i najbardziej prestiżowej szkole średniej w Tokio, specjalizującej się w szkoleniu przyszłych zawodników profesjonalnych. Podczas ostatniego meczu gimnazjalnego zwraca ona uwagę na Eijuna i proponuje mu stypendium w swojej szkole. Chłopak z miejsca odmawia – nie zależy mu przecież na prestiżowej szkole, tylko na tym, by grać ze swoimi przyjaciółmi. Daje się jednak przekonać na krótką wizytę – ot tak, żeby zobaczyć, jak wygląda cała ta szkoła dla mistrzów. Trochę wbrew własnej woli Eijun orientuje się, że szkoła faktycznie robi na nim wrażenie – co więcej daje się wyzwać na pojedynek jednemu z najlepszych zawodników, którego obraził, patrząc jak ten wyśmiewa się ze słabszego kolegi. Czy uda mu się pokonać olbrzymiego i potężnego pałkarza i przekonać się do nowej szkoły?

Daiya no A 13

Póki co w fabule nie ma absolutnie nic oryginalnego – główny bohater, niby przeciętny, a tak naprawdę skrywający w sobie potencjał na mistrza i decyzja o przyłączeniu się do pobliskiej kuźni talentów. Standard. Ale całkiem udany. Co w tego typu seriach odgrywa niemałą rolę, to fakt, że głównego bohatera można polubić praktycznie natychmiast. Trochę może przeraża moment, w którym już w pierwszej minucie Eijun odgrywa pełną patosu scenę, ze łzami w oczach przepraszając kolegów z drużyny, że nie poprowadził ich do mistrzostwa, jednak bardzo szybko napięcie zostaje zabawnie rozładowane przez serię plaskaczy, którą nasz bohater wymierza kapitanowi drużyny przeciwnej. Potem jest już tylko lepiej. Eijun to radosny lekkoduch, pełen energii, non stop uśmiechnięty, pewny siebie. Nie ma za sobą jakiejś tragicznej przeszłości (póki co), typu: mój ojciec był wielkim graczem, ale zmarł na zawał na boisku, w środku swego najważniejszego meczu, więc teraz ja muszę kontynuować jego marzenie. Nic takiego. Eijun gra, bo lubi baseball i to, że przy okazji może się świetnie bawić ze swoimi przyjaciółmi. Jego motywacja jest bardzo prostolinijna, ale przy okazji przekonująca i realistyczna. Na takim bohaterze można zbudować całkiem fajną historię – widzowie bez problemów powinni zaangażować się w jego losy, przejmować porażkami i cieszyć sukcesami ;)

Graficznie seria przedstawia się naprawdę dobrze. Stosunkowo gruby kontur, którym obrysowane są postaci może nie jest subtelny, ale pasuje do dynamicznej serii o sporcie – rysunek przypominał mi nieco charadesign z Shingeki no Kyojin, a w moim przypadku to bardzo dobre skojarzenie. Baseball nie jest może tak pokazowym sportem jak pływanie, stąd nie będzie tu tak ślicznie i błyszcząco, jak np. we Free, ale póki co wygląda na to, że animacja będzie raczej zadowalająca.

Podsumowanie: Ogólnie przyjemna seria do oglądania raz w tygodniu. Nie spodziewam się jakichś gigantycznych emocji, bo też i sportowe shouneny to nie moja bajka, ale wydaje mi się, że ten będzie przy okazji całkiem udaną obyczajówką, także planuję seans kontynuować :)

 ——————————————————————————-

Gingitsune

Gingitsune - OP

O czym to jest: Gintaro to lisi duch opiekuńczy, który ochraniał małą świątynkę Inari od czasów epoki Edo. Rodzina Makoto Saeki posiada zdolność zobaczenia ducha będącego przedstawicielem tamtejszego bóstwa, jednak umiejętność tą w tym samym czasie może posiadać tylko jedna osoba. Kiedy Makoto była mała, zmarła jej mama, ona zaś tym samym odziedziczyła po niej wspomnianą zdolność jako ostatni żyjący przedstawiciel rodziny. Mimo że tak bardzo się różnią, dziewczyna i Gintaro, korzystając z mocy lisiego ducha, starają się jak mogą by jakoś pomóc ludziom tworzącym ich małą społeczność.

Gingitsune 10

Pierwsze wrażenia: Gingitsune zapowiada się na bardzo ciepłą, miłą i magiczną serię. Póki co jednak bez fajerwerków. Główna bohaterka, Makoto to kapłanka świątyni bóstwa Inari, przy okazji ostatnia z rodu kapłanów, która jest w stanie zobaczyć opiekuńczego ducha boskiego przybytku, lisa Gintaro. Gintaro towarzyszy rodzinie Makoto od piętnastu pokoleń – przy czym zobaczyć go może tylko jedna osoba w każdym z pokoleń. Moc widzenia Gintaro przechodzi w spadku z matki na córkę. Dopiero jednak, kiedy matka umiera, córka może lisa dostrzec. Wygląda na to, że dotychczas wszystkie matki umierały w starym wieku, kiedy więc córki zaczynały dostrzegać Gintaro, były już dorosłymi, poważnymi kobietami, które darzyły go bezgranicznym szacunkiem, a czasem trochę i lękiem. Z Makoto jest inaczej. Jej matka umiera, kiedy dziewczynka ma zaledwie cztery lata – wtedy też po raz pierwszy dostrzega Gintaro. Z tego powodu ich związek stanowczo różni się od tych, które lis nawiązywał z poprzedniczkami Mako. Dziewczynka bardzo mocno się do niego przywiązuje, traktuje go jednak jak towarzysza zabaw – jest wobec niego śmiała, bezpośrednia, pozwala sobie na to, by w złości również na niego krzyczeć. W pierwszym odcinku stajemy się świadkami takiej właśnie sytuacji – Makoto obraża się na Gintaro i każe mu się wynosić ze świątyni, gdyż jego wróżba odnośnie życia miłosnego koleżanki z klasy nie całkiem się sprawdziła. Koleżanka obraziła się więc na Makoto, a Makoto swoją złość wyładowała na lisie. Prędko jednak okazuje się, że Gintaro jest jej potrzebny – Mako zdaje sobie sprawę, że wina leży również po jej stronie. Odnajduje lisa i przeprasza go za swoje zachowanie, ten zaś przyznaje, że nie ma nic przeciwko jej wybuchom, gdyż woli ich swobodny i wesoły związek od nieco nudnych relacji, które miewał z dotychczasowymi członkiniami rodu.

Gingitsune 36

Jak widać, akcji w pierwszym odcinku jest niewiele. I prawdopodobnie tak właśnie będzie wygląda ta seria. Wszystko jest tutaj milusie, słodkie, cieplutkie i puchate. Nie ukrywam, że miło jest coś takiego obejrzeć, zwłaszcza w chłodne jesienne wieczory, dlatego jestem zadowolona z przebiegu tej serii. Choć muszę przyznać, że zaskoczył mnie jednak poziom infantylności – taka akcja z kotkiem. Dwóm dziewczynkom, które Makoto zna, ucieka kotek, którego znalazły rannego kilka dni wcześniej. Wszczynają więc alarm. Trochę jednak śmieszyły mnie rozmiary, jakie przybrała ta „tragedia”. Wszyscy nagle angażują się w poszukiwanie kotka, a główna bohaterka w stanie bliskim histerii biega z miejsca w miejsce w poszukiwaniu Gintaro, gdyż tylko on, dzięki swoim magicznym mocom, może kotka odnaleźć. Ja rozumiem, że seria z założenia jest słodziutka i dziecinna, ale mimo wszystko, mogli się odrobinę bardziej postarać przy wyborze motywu, dla którego Makoto znów zapragnęła odnaleźć Gina. Mniejsza jednak z tym – po prawdzie można się było spodziewać takiego poziomu.

Styl graficzny serii jest stosunkowo uproszczony, choć na pewno urokliwy – tak, jak to było np. w Natsume Yuujinchou, choć w Gingitsune kreska jest znacznie bardziej szojcowa, głównie ze względu na wielkie oczy bohaterki i lekko zaburzone proporcje ciał (wielkie główki, cienkie nóżki). Niemniej patrzy się na to przyjemnie i współgra to idealnie z tematyką serii. Jedyne, co mnie trochę przerażało, to wielkość łap Gintaro – są tak nieproporcjonalne względem reszty jego ciała, że momentami trudno oderwać od nich wzrok.

Podsumowanie: Przyjemna i lekka seria, którą polecałabym fanom youkai i okruchów życia w pogodnym wydaniu. Powinno się to spodobać tym, którzy lubią produkcje typu Natsume, Hotarubi no Mori e czy Kamisama Hajimemashita (choć trudno powiedzieć, czy w Gingitsune zostanie z czasem rozbudowany jakiś przyzwoity wątek romantyczny – niby w openingu kręci się przy Mako jakiś chłopaczek, ale w pierwszym odcinku jeszcze się nie pojawił). Ja jak najbardziej zamierzam te serię oglądać.

 ——————————————————————————-

 Galilei Donna

Galilei Donna - OP

O czym to jest: Rok 2061. Globalne ocieplenie należy do przeszłości, a świat doświadcza początków zbliżającej się epoki lodowcowej. Trzy potomkinie Galileusza żyjące na Toskanii we Włoszech: Hozuki Ferrari, Hazuki Ferrari oraz Kazuki Ferrari są niespodziewanie zaatakowane przez tajemniczą organizację, zaś całe wydarzenie sprawia, że dziewczęta lądują na międzynarodowej liście ściganych kryminalistów. Wspomniana organizacja poszukuje czegoś zwanego “Galileo Tesoro”, czyli “Skarbem Galileusza”. Nie mając pojęcia co się dzieje, trójka sióstr zmuszona jest połączyć siły by poradzić sobie z niespodziewaną sytuacją – nie będzie to jednak takie łatwe, ponieważ ich osobowości nie mogłyby bardziej się od siebie różnić.

Pierwsze wrażenia: Pierwszy odcinek Galilei Donna okazał się szalenie dynamiczny. Pościgi, porwania, wielkie maszyny bojowe, walki podniebne… Dużo, dużo wrażeń. Tym bardziej ciekawych, że tak naprawdę, na etapie zapowiedzi, trudno było powiedzieć, czym będzie ta seria. Wygląda na to, że będzie w niej znacznie więcej akcji i walk, niż początkowo mi się wydawało. Ale to niekoniecznie źle.

Galilei Donna 16

Odcinek rozpoczyna się od nietypowego pościgu – latająca maszyna goni małą dziewczynkę uciekającą na jakiejś nowoczesnej odmianie skutera. Chwilę później okazuje się, że inną dziewczynę, tym razem uczennicę liceum, próbuje porwać rasowy Man in Black. To samo dzieje się z pewną ognistowłosą (i ognistotemperamentną) studentką prawa. Wszystkie dziewczyny szczęśliwie pościgowi umykają. Gdy trafiają na policję, okazuje się, że są siostrami, do tego zaś potomkiniami Galileusza. Nie wiadomo, kto i dlaczego chciał dziewczęta porwać, dlatego policja przyznaje im ochronę. Ta jednak niezbyt dobrze się spisuje, bo zaraz po tym, jak dziewczyny przenoszą się do domu ojca, z którego rozwiedziona z nim matka ma zabrać najmłodszą córkę, do mieszkania z impetem wpada czerwonowłosy mężczyzna, którzy grozi całej rodzinie i domaga się przekazania mu „Skarbu Galileusza”. Jak się okazuje, to właśnie on wysłał swoich podwładnych, by porwali siostry. Szczęśliwie do akcji wkracza najmłodsza z dziewczyn, której udało się wymknąć z domu i przedostać do piwnicy, w której przetrzymuje gigantyczną maszynę bojową w kształcie złotej rybki :) Najmłodsza z sióstr jest chyba zresztą jakimś geniuszem inżynierskim, specjalizującym się w projektowaniu maszyn o niespotykanym zastosowaniu. Dziewczynka kierująca swoją maszyną bojową, zmusza ekipę czerwonowłosego do wycofania się z pola walki. Rzecz jasna, czarujący antagonista obiecuje zemstę.

Galilei Donna 27

Fabuła jest mocno pokręcona. Całość teoretycznie dzieje się we Włoszech, choć wypada to groteskowo – z Włochami łączy bohaterki chyba tylko nazwisko, bo nawet ich imiona są japońskie. Póki co nie ogarnęłam jeszcze, która jest która (podobieństwo imion nie pomaga), ale wiem już, że najbardziej podoba mi się najstarsza z nich, niezwykle butna, odważna i pełna pasji. Jako rasowej shipperce nie umknął mi moment iskry, która przeleciała między nią a czerwonowłosym badassem (któremu głosu użycza Hiroshi Kamiya, co z miejsca daje +100 do atrakcyjności bohatera :>), gdy nie zważając na wycelowaną w nią broń, rudowłosa zaczęła wyzywać swojego oprawcę. Zapowiada się fajna relacja między tą dwójką. Pozostałe siostry, choć nie tak charakterne, również wydają się ciekawe. Średnia jest trochę zblazowana, ale w bardzo znośny sposób, poza tym ma najładniejszy charadesign, więc można jej wybaczyć (tymczasowe) braki w charakterze ;) Najmłodsza siostra, to jak już wspomniałam, jakiś przedziwny geniusz, a przy okazji dość słodkie i szczęśliwie bardzo zaradne dziecko. Podoba mi się, że mimo słodkiego głosiku i designu postaci, nie jest to kolejna rozlazła beksa, tylko sprytna i ogarnięta dziewuszka ;)

Galilei Donna 33

Trudno powiedzieć coś więcej o realiach świata przedstawionego. Z opisu dowiedzieć się możemy, że akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, a panujący wokół mróz jest wynikiem kolejnej epoki lodowcowej. Mam nadzieję, że w jakiś sposób wyjaśnione zostanie to, co się stało ze światem i dlaczego wygląda on tak, a nie inaczej. Pytanie, rzecz jasna, na ile sensownie uda się wykreować ten świat – biorąc pod uwagę, że seria będzie miała jedynie 11 odcinków, twórcy nie mają zbyt wiele czasu na opowiedzenie tak zawiłej historii, na jaką Galilei Donna póki co się zapowiada.

Podsumowanie: Czuję się zaintrygowana. Póki co wszyscy bohaterowie dają się lubić, co nie jest takie do końca łatwe czy oczywiste. Kluczowa w ocenie będzie jakość intrygi, wokół której zbudowana została akcja tej serii. O tym jednak sensowniej będzie można się wypowiedzieć dopiero po kilku odcinkach. Póki co jest więcej pytań, niż odpowiedzi. Ale w przypadku tego typu serii akcji, to chyba dobrze ;) Ja przynajmniej się wciągnęłam i czekam na kolejne epizody.

 ——————————————————————————-

Dziewięć serii opisanych i póki co porzuciłam tylko jedną z nich. Z jednej strony świetnie, bo to znaczy, że przede mną sezon mnóstwa przyjemnych wrażeń animowanych. Z drugiej trochę się obawiam, kiedy ja to wszystko będę oglądać, skoro już teraz mam zaległości, a przecież nowe serie mają raptem po 2-3 odcinki :P Zobaczymy – niemniej cieszę się, że tyle nowości wartych jest oglądania :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s