Brothers Conflict – trzynastka nigdy jeszcze nie była tak pechowa…

BC6

Który jedynak nie marzy czasem o tym, by mieć dużą rodzinę i liczne rodzeństwo? Nastoletnia Ema Hinata dostaje od losu okazję, by przekonać się, co oznacza spełnienie takiego marzenia, gdy pewnego dnia wychowujący ją dotychczas samotnie ojciec oświadcza, że zamierza się ożenić z matką nie jednego, nie dwojga, a trzynaściorga dzieci! Z dnia na dzień Ema zyskuje trzynastu braci w wieku od dziesięciu do trzydziestu jeden lat.

Takie scenariusze sprawiają, że na usta widza natychmiast ciśnie się milion pytań. Nie tylko o to, w jaki sposób jedna kobieta zdołała wydać na świat trzynaścioro dzieci, zachowując przy tym urodę nastolatki i talię osy, ale też i o to, skąd właściwie biorą się tego typu pomysły? Jeśli ktoś miał już do czynienia z seriami takimi, jak Amnesia czy Uta no Prince­‑sama, niejasno przeczuwać może, że Brothers Conflict ma coś wspólnego z popularnymi w Japonii grami otome, dzięki którym każda dziewczyna może spełnić marzenie o posiadaniu własnego męskiego haremu. W przypadku omawianego tytułu rzecz jest jednak bardziej skomplikowana. Produkcję telewizyjną faktycznie poprzedziła gra komputerowa, wcześniej jednak wydana została seria siedmiu tomików light novel. Wygląda więc na to, że historia Emy i jej trzynastu braci trafiła w gusta Japończyków, skoro wersję papierową postanowiono przełożyć na komputerową, a tę jeszcze na telewizyjną. O gustach ponoć się nie dyskutuje, gdy jednak zderzam się z tego typu zjawiskiem, nachodzi mnie niewesoła refleksja na temat upodobań mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni.

BC2

Nie czas jednak na smutki! Wszak Brothers Conflict to wyśmienita komedia. Komizm jest co prawda kompletnie niezamierzony, nie zmienia to jednak faktu, że śmiechu jest tu co niemiara. Zanim przejdę do opisu wydarzeń stanowiących oś dramatyczną tej serii, chwilka dla bohaterów, gdyż jak wiadomo, istotą tego typu produkcji jest prezentacja jak najbardziej zróżnicowanej palety bishounenów, wśród których absolutnie każda fanka może znaleźć swego faworyta. W gronie szczęśliwców, którym przyjdzie zabiegać o względy nieco tępej, choć naturalnie niewinnej i uroczej Emy, znajdują się: trzydziestojednoletni Masaomi, z zawodu pediatra, z charakteru ciepła klucha; dwudziestodziewięcioletni Ukyo, prawnik, a w wolnych chwilach, których zdaje się mieć na pęczki, również kucharz i opiekun domu odpowiedzialny za pranie, sprzątanie, prasowanie i zmywanie dla całej rodziny; dwudziestosześcioletni Kaname, zboczony mnich, który sprawia wrażenie, jakby idea celibatu była dla niego wiedzą tajemną i całkiem niedostępną; dwudziestopięcioletni Hikaru, transwestyta zarabiający na życie pisaniem książek; dwudziestoczteroletnie trojaczki Tsubaki, Azusa i Natsume, z których dwaj pierwsi pracują jako seiyuu, a w fabule pełnią rolę fanserwisu dla zagorzałych fujoshi, zaś trzeci zarządza firmą zajmującą się tworzeniem gier komputerowych i udaje, że z pozostałą dwójką niewiele ma wspólnego; dwudziestojednoletni Louis, zniewieściały do granic możliwości (a nawet ponad te granice) fryzjer z niedorzecznie irytującym głosem; dwudziestoletni Subaru, sztywny niczym kij od szczotki koszykarz; osiemnastoletni Iori, który ponoć cieszy się wśród rówieśników dużą popularnością, z pewnością jednak nie ze względu na swoją gadatliwość i żywe usposobienie, gdyż w tym względzie przebić by go mogła pierwsza z brzegu mumia egipska; siedemnastoletni Yusuke, kolega z klasy Emy i zdaje się, jedyny w miarę normalny (proszę wybaczyć ewentualne nadużycie semantyczne) członek tej rodziny; piętnastoletni Futo, absolutnie nieznośny i chamski śpiewający idol, który przypuszczalnie uważa się za największy dar zesłany ludziom wprost z niebios; i wreszcie dziesięcioletni Wataru, irytująca różowowłosa shota, która istnieje chyba tylko dlatego, że harem bez elementów loli– bądź shotaconu za pełnowartościowy uznany być nie może.

BC5

Po zapoznaniu się z tą wyliczanką łatwo chyba zorientować się, jak gęste opary absurdu unoszą się nad fabułą Brothers Conflict. To jednak jeszcze nie koniec. Jakby mało było wyżej wymienionych samców, naszej wiotkiej heroinie na co dzień towarzyszy gadająca wiewiórka, naturalnie również rodzaju męskiego, której mowę rozumie tylko jej właścicielka. Zanim jednak posądzicie dziewczę o tę czy inną odmianę choroby umysłowej, która pozwala jej na komunikowanie się ze zwierzętami, spieszę z informacją, że z wiewiórzastym Julim porozumiewać się może również melancholijny Louis. Jeśli więc jest to obłęd, to najwyraźniej zbiorowy.

W teorii Brothers Conflict jest romansem. A co to oznacza w praktyce w przypadku serii, która pęka w szwach od nadmiaru mężczyzn? Otóż już pierwszego dnia nowi bracia zaczynają końskie zaloty do słodkiej siostrzyczki – a to jeden niestosownie ją wyściska na powitanie, a to drugi złoży jej niezapowiedzianą nocną wizytę i wykorzysta ten moment, by skraść całusa na dobranoc, a to na trzeciego bohaterka wpadnie w łazience (co ważne, jedynej działającej w kilkupiętrowej willi), gdy ten akurat wyjdzie spod prysznica. Jak łatwo się domyślić, mieszkanie pod jednym dachem z kilkunastoma mężczyznami stwarza niezliczone okazje do zaistnienia dwuznacznych sytuacji. Nieodmiennie możemy też liczyć na fajtłapowatość Emy, która – jak przystało na heroinę tego typu opowieści – celuje w potykaniu się, omdlewaniu i przypadkowym wpadaniu wprost w objęcia swoich braci. Panowie z kolei zachowują się wobec siostry w sposób, którzy każe widzom przypuszczać, że po raz pierwszy w życiu mają do czynienia z przedstawicielką płci żeńskiej. Tylko tak można by wytłumaczyć fakt, że większość z nich z miejsca zakochuje się w Emie, która jest dziewczyną kompletnie pozbawioną jakichkolwiek oznak interesującego charakteru, inteligencji czy poczucia humoru. Jeśli więc ktoś jakimś cudem spodziewał się po tej serii mądrze i subtelnie poprowadzonego wątku romantycznego, z przykrością muszę go rozczarować – nie ta bajka, nie ta księżniczka i zdecydowanie nie ci książęta.

BC4

Oczywiście Brothers Conflict jest nie tylko fatalnie skonstruowanym romansem. To również katastrofa, jeśli chodzi o kreacje bohaterów. Ema to, mówiąc wprost i bez ogródek, kompletna idiotka, która poraża poziomem swojej naiwności i braku woli. Niczym zacięta płyta wciąż powtarza, jak bardzo cieszy się, że wreszcie ma tak dużą i wesołą rodzinę. Wyznania miłosne ze strony rodzeństwa traktuje w kategoriach zapewnień o braterskim oddaniu, zaś o idących za słowami czynach zapomina z dnia na dzień. Nie warto przecież zaprzątać sobie ślicznej główki tym, że poprzedniej nocy jeden z braci napastował ją wbrew jej woli, zaś od gwałtu powstrzymała go wyłącznie interwencja osoby trzeciej. Jeśli zaś chodzi o panów, charakteryzują się oni głębią psychologiczną pojemności kałuży po przelotnym wiosennym deszczyku. Próbuje się nas co prawda przekonać, że każdy z nich ma jakieś problemy, które dzielnie stara się przezwyciężyć, są to jednak próby bardzo miernej jakości. Liczne stado bishounenów to typowy, w negatywnym tego słowa rozumieniu, harem męski, którego członkowie są drewnianymi postaciami, niezdolnymi do jakichkolwiek psychologicznie wiarygodnych zachowań.

Do listy zarzutów wobec tego tytułu dorzucić można jeszcze kompletną bezcelowość fabuły. Oczywiście od serii obyczajowej, skupiającej się na codziennym życiu rodzinnym, nikt nie oczekuje wielkich tajemnic czy emocjonujących scen akcji. Skoro jednak brak w niej absolutnie podstawowego dla takich produkcji czynnika – czyli dobrze skonstruowanych postaci – przydałoby się, by chociaż miała jakąś puentę. Nic z tego. Brothers Conflict kończy się dokładnie tak samo, jak się zaczęło – stado napalonych przystojniaków nadal goni za nieuchwytną niczym łania siostrzyczką. O co więc chodzi w tych dwunastu odcinkach i jaki jest cel ich istnienia? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam osobom zdolnym do najbardziej abstrakcyjnego myślenia.

BC1

Chciałabym dla odmiany powiedzieć coś dobrego przynajmniej o stronie technicznej serii. W tym aspekcie niestety twórcy również zadania mi nie ułatwiają, choć projekty postaci nie prezentują się nawet tak źle. Panowie są zróżnicowani – można wręcz powiedzieć „do wyboru, do koloru”, gdyż dostajemy każdy możliwy typ urody bishounena. Wszystkie kolory włosów i oczu, różne style ubioru i uczesania, sylwetki bardziej lub mniej męskie. Wyraźnie zadbano o to, by każdy fan (lub bardziej konkretnie – fanka) znalazł coś dla siebie. Problemy zaczynają się w momencie, w którym postaci wprawiane są w ruch. Animacja jest wyjątkowo toporna i statyczna – gdy jedna osoba mówi, resztę dotyka natychmiastowy paraliż ruchowy. Twarze bohaterów nie dość, że wyglądają, jakby nigdy nie zmąciła ich pojedyncza choćby myśl, to jeszcze nie są w stanie przekazać żadnych emocji. Tła są niesłychanie nudne i ubogie w jakiekolwiek szczegóły.

Ścieżka dźwiękowa serii ogranicza się do kilku banalnych melodii, nie bez powodu przywodzących na myśl podkład z symulatorów randkowych. Jako opening wykorzystany został popowy utwór BELOVER&SURVIVAL autorstwa niejakiego Gero, specjalizującego się w wykonywaniu coverów znanych piosenek. Niemałą ciekawostkę stanowi z kolei ending. Kawałek 14 to 1 nagrany został przez seiyuu wszystkich męskich bohaterów Brothers Conflict, co zaowocowało mieszanką iście wybuchową. Choć zdawałam sobie sprawę z miernej jakości tego utworu, słuchałam go po każdym odcinku, mając przy tym niemały ubaw. Prywatnie nazwałam ten utwór „Free dla ubogich”, gdyż jego twórcom ewidentnie przyświecał podobny zamysł, jak tym odpowiedzialnym za ending do serii o pływających bishounenach od Kyoto Animation.

A skoro już przy seiyuu jesteśmy: obsada Brothers Conflict to chyba jedyny aspekt, z którego producenci tego tytułu mogą być naprawdę dumni. Nie wiem co prawda, w jaki sposób tak szanowani i popularni aktorzy głosowi zgodzili się na udział w tak nędznej serii – łudzę się, że chodziło o wysokie gaże lub przynajmniej chęć zrelaksowania się przy pracy niewymagającej żadnego wysiłku emocjonalnego. Wśród seiyuu użyczających głosu bohaterom Brothers Conflict znaleźli się między innymi: Daisuke Ono, Nobuhiko Okamoto, Daisuke Namikawa, Junichi Suwabe, Hosoya Yoshimasa, Yuki Kaji, Kenichi Suzumura, a także – co wielu fanów jego głosu (w tym również recenzentkę) wprawiło w niemały szok – Hiroshi Kamiya, który wcielił się w rolę gadającej wiewiórki przystrojonej w różową kokardę w białe grochy… Czego złego by więc nie powiedzieć o tej produkcji, trzeba przyznać, że reklamują ją znane nazwiska.

BC3

Przechodząc do podsumowania, zadaję sobie pytanie, komu mogłabym polecić tę produkcję? Choć w recenzji nie zostawiłam na niej suchej nitki, przyznam, że co tydzień siadałam do kolejnych odcinków z dużą radością. Brothers Conflict należy, w moim prywatnym odczuciu, do gatunku serii tak złych, że aż dobrych. Absurdy mnożą się tutaj w nieskończoność, co osoby z natury ironiczne może zainspirować do wymyślania mnóstwa sarkastycznych i kąśliwych uwag. Jeśli podejdziemy do tego tytułu jak do parodii gatunku, możemy się przy jego seansie rozerwać i solidnie zrelaksować, mając oczywiście cały czas świadomość, że jest to parodia niezamierzona i dlatego w przeciwieństwie do tych celowych, pokroju Ouran High School Host Club, nie można przyznać jej wysokich not. Poleciłabym więc tę serię wyłącznie osobom z bardzo dużą tolerancją na głupotę, które szukają nietypowej komedii. Serdecznie zaś odradzam ją tym, którzy liczą na romans z prawdziwego zdarzenia – widzowie starsi okrutnie się zawiodą, ci młodsi zaś narażą się na przypadkowe spaczenie dopiero kształtującego się gustu.

Reklamy

4 responses to “Brothers Conflict – trzynastka nigdy jeszcze nie była tak pechowa…

  1. Haha, uśmiałam się nieźle przy tej recenzji :D Gratuluję, jest świetna ;)
    Do Brothers Conflict podchodziłam bardzo sceptycznie. Nie przekonał mnie nawet Namikawa Daisuke, którego wielbię i myślałam nawet, żeby mu postawić ołtarzyk. Dałam sobie spokój z tym anime po drugim odcinku.
    Twoja miażdżąca recenzja w pewnym stopniu zachęciła mnie do wznowienia seansu, ale z drugiej strony, wobec tylu ciekawych tytułów które chciałabym obejrzeć, chyba jestem zmuszona póki co odpuścić ;)
    Pozdrawiam!

    • Miło mi to słyszeć – tekst miał być jak najbardziej prześmiewczy, znaczy więc, że osiągnęłam cel ;)
      I na serio, nie polecałabym kontynuacji seansu. Chyba, że najdzie Cię chwila totalnego wycieńczenia umysłowego i zapragniesz dawki kolorowej niedorzeczności, która mogłaby Cię oderwać od szarych, jesiennych dni – to ewentualnie tak. Ale w innym przypadku nie ma sensu. BroCon emitowane było latem, kiedy to ogólnie poziom wszystkich serii był raczej średni, więc jeszcze jakoś można było na to znaleźć 20 minut tygodniowo ;) Ale kiedy wokół dużo lepszych, jesiennych tytułów, po prostu nie ma sensu do tego gniota wracać.
      Dzięki za odwiedziny! :)

  2. Może dobrym pomysłem byłoby podlinkowanie gdzieś na dole bezpośrednio do recenzji na Tanuki, skoro i tam i tu jest to ten sam tekst? Mam wrażenie, że kiedy trzeba i wypada, warto się chwalić tym, iż czytają Cię setki jeśli nie tysiące.

    • A w sumie o tym nawet nie pomyślałam, a może i faktycznie warto sięgnąć po tak bezwstydną autoreklamę ;) Przy następnej okazji chyba się skuszę. Dzięki za pomysł ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s