Sezonowy WRAP UP: jesień 2013

kyoukai_no_kanata_hn0

Witam w kolejnej zmyślnej kategorii tego bloga ;) Sezon jesienny dobiegł końca i choć oglądałam na bieżąco kilka premierowych serii, to po ich zakończeniu doszłam do wniosku, że nie wszystkie chce mi się opisywać w osobnych recenzjach. Stąd pomysł na spis zbiorczy, w którym znajdą się możliwie krótkie wrażenia po seansie, na temat serii, którym nie zamierzam poświęcać dłuższych wpisów. A zatem, nie przedłużając, poniżej krótko o tytułach, które śledziłam jesienią minionego roku…

Galilei Donna

Galilei-Donna

Galilei Donna doskonale obrazuje kierunek rozwoju, jaki obrała spora część serii jesiennych – przynajmniej tych, które oglądałam/oglądam. Od intrygującej, udanej premiery do katastrofalnego finału. Niestety poziom serii spadał z odcinka na odcinek. Zaczęło się dobrze, co odnotowałam przy okazji pierwszych wrażeń z seansu. Sympatyczne bohaterki, dynamiczna akcja, pościgi, ucieczki, wybuchy, nawet fajny bish z głosem Kamiyana się przewinął. Idealny wstęp do serii przygodowej. Do tego ciekawy setting, ładna grafika, przyjemna muzyka. Liczyłam na poziom co najmniej taki, jaki latem prezentowało Suisei no Gargantia. Okrutnie się zawiodłam. Seria pełna była kompletnych nonsensów. Siostry poszukujące szkiców Galileusza trafiały na nie natychmiast, bez najmniejszego wysiłku. Każde niebezpieczeństwo, które im groziło, ustępowało na zasadzie deus ex machina. Postaci z potencjałem bardzo szybko okazały się szablonowe i zwyczajnie niewiele wnoszące do fabuły. Najstarsza siostra nie robiła nic poza tym, że od czasu do czasu trochę pokrzyczała i porozstawiała ludzi po kątach. Średnia siostra niemal przez całą serię chodziła na wszystkich obrażona, a jakiekolwiek jej wysiłki kierowane były na to, by przerwać tę podróż, poddać się, oddać bandytom to, czego od nich żądają i mieć już święty spokój. Jedynie najmłodsza, Hozuki, faktycznie była tam potrzebna, żeby pchnąć akcję naprzód, w żaden sposób jednak dało t gwarancji, że będzie z niej bohaterka interesująca. Była po prostu uroczą, słodką i grzeczną dziewczynką z nieprzeciętnym talentem technicznym. Na koniec zaserwowano nam wątek z podróżą w czasie i rozkwitem uczucia między młodziutką Hozuki, a jej praprapradziadkiem Galileuszem. Pomysł z czapy. Jeśli już chcieli wetknąć jakiś wątek romantyczny, to stokroć lepiej by zrobili, gdyby poszli za chemią pirata o głosie Kamiyana i najstarszej siostry Ferrari. Ostatni odcinek był farsą. Widać, że nawet twórcom już się nie chciało, bo wiedzieli, że nic mądrego w ostatnich 20 minutach nie wymyślą, w efekcie czego wepchnęli wątek procesu sądowego, na którym z sufitu wyciągane były kolejne dowody przeciwko bohaterkom lub te świadczące na ich korzyść. Znikąd na sali sądowej pojawili się rodzice dziewczyn i wystarczyło właściwie, że zaświadczyli oni, że ich córki nie są przestępcami i nagle szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę. Kompletna, wierutna bzdura. Szalenie mi szkoda tej serii, gdyż ewidentnie został tu zaprzepaszczony spory potencjał. Niestety stało się tak, jak się obawiałam. Jedenaście odcinków, to zdecydowanie za mało, by rozwinąć tak złożoną fabułę, jakiej zarys przedstawiono nam w pierwszym odcinku. Oczywiście nawet z większą liczbą odcinków, niekoniecznie musiał się ten tytuł zakończyć sukcesem, ale na pewno miałby większe szanse. A tak wyszło kompletnie nijako.

Ocena końcowa: 3/10

———————————————–

Diabolik Lovers

Diabolik-Lovers

Seria, która zajęła pierwsze miejsce w moim rankingu najgorszych tytułów 2013 roku. To już chyba mówi o niej wystarczająco dużo ;) Chociaż mam wielki dystans do ekranizacji gier otome i traktuję je jak udane komedie, to moja wytrzymałość ma swoje granice, które pomogło mi odkryć właśnie Diabolik Lovers. Porzuciłam oglądanie tego koszmaru po ósmym odcinku, bo choć każdy z nich liczył raptem 15 minut, to jednak okazało się to za dużą dawką skrajnej głupoty. Zresztą, gdyby ta seria była po prostu głupia, to by była połowa biedy. Niestety do epitetów można tutaj dołączyć też takie, jak niesmaczna, obrazoburcza, spaczona, okrutna. A przy tym wszystkim niezmiennie pozbawiona choćby odrobiny sensu. Prezentuje nam się wariacje na temat kompleksu Edypa, na który ewidentnie cierpiał każdy z szurniętych braci wampirów i tym tłumaczy się zresztą ich nieskończone okrucieństwo wobec Naleśnika. Nie ma to jak wiarygodne portrety psychologiczne postaci. Zresztą, nie łudźmy się – w tej serii chodzi tylko i wyłącznie o zaprezentowanie jak największej ilości scen, w których każdy z braci wysysa krew głównej bohaterce w rytm jej niemrawych pojękiwań. Strata czasu.

Ocena końcowa: 1/10

———————————————–

Diamond no Ace

diamond_no_ace

Tutaj szczęśliwie mogę wreszcie napisać coś pozytywnego ;) Daiya no Ace nie jest może jakimś wybitnym anime, ale jako seria sportowa całkiem przypadło mi do gustu. Przede wszystkim moje serce podbił główny bohater – poczciwy głupek, który kompletnie nie ogarnia rzeczywistości, w której się znalazł, ale mimo to zamierza walczyć o sukces. Chłopak jest całkiem nieświadomy zarówno swoich słabości, jak i mocnych stron, stąd rzeczywiście musi nad sobą pracować. Wszystko wskazuje na to, że będzie to seria-tasiemiec, dlatego też twórcy mogą poświęcić dużo czasu na budowanie i rozwijanie osobowości wielu bohaterów, w tym również tych drugoplanowych (np. cały wątek Chrisa). I jest to na pewno zabieg fajny, bo widać, że nic tu nie będzie poganiane, że po dwóch dniach treningów nie będzie powalających sukcesów i formy na poziomie mistrzowskim. Czasami, jak podczas ostatnich dwóch czy trzech odcinków wydarzeniom towarzyszył nieco nadmierny patos, ale ten szczęśliwie jest każdorazowo rozładowywany przez naiwność, głupotę i dziki entuzjazm Eijuna ;) Jak dla mnie seria całkiem przyjemna, którą na pewno będę dalej oglądała.

Ocena śródsezonowa: 7/10

———————————————–

Golden Time

golden_time

I tu niestety kolejne rozczarowanie. Choć seria jest dopiero na półmetku, już teraz można powiedzieć, że hitu z niej nie będzie. W przypadku Golden Time oczekiwania były tym wyższe, że za produkcję tytułu odpowiada rewelacyjna ekipa, zaś autorką scenariusza jest ta sama osoba, która stworzyła Toradorę. Była więc nadzieja na świetne show. Położyli je niestety straszni bohaterowie, niemal wszyscy bez wyjątku albo kompletnie bezbarwni (Tada, Linda) albo kompletnie irytujący (Kouko, Oka). Drugim słabym punktem Golden Time jest konstrukcja fabuły – przedstawione wydarzenia brane są z kosmosu (pomysł z sektami totalnie od czapy, zresztą jak i główny wątek amnezji Banriego i jego niewidzialnego alter ego, które unosi się nad nim każdorazowo, gdy chłopak zbliża się do Lindy) i nikt nawet nie sili się na zachowanie realizmu. Akcja umiejscowiona została w otoczeniu akademickim, co nieczęsto możemy w anime oglądać. Niestety jednak autorzy potraktowali setting po macoszemu, mam wrażenie, że posłużyć miał wyłącznie za wymówkę usprawiedliwiającą fakt, że bohaterowie mogą już na legalu pić alkohol i robić po nim jeszcze większe głupoty, niż na trzeźwo. Nie chcę przez to powiedzieć, że Golden Time nie da się w ogóle oglądać. Bywają momenty lepsze, ale niestety jest ich stanowczo za mało, by uznać serię za udaną. Irytuje mnie kompletna bezcelowość wydarzeń. Bo niby się to ogląda, nie trzeba do tego żadnego wysiłku, więc odcinek za odcinkiem przelatuje bardzo płynnie, ale w którymś momencie naszła mnie refleksja, że właściwie nic z tego nie wynika. Po połowie sezonu nadal nie wiadomo, do czego ta seria dąży. Rozczarowujące…

Ocena śródsezonowa: 4/10

———————————————–

Kyoukai no Kanata

kyokai-no-katana

Kolejny problematyczny tytuł od KyoAni. Pięknie wykonana seria z mnóstwem zachwycających efektów specjalnych. I sympatyczni, choć niestety nijacy bohaterowie, w których losy nie idzie się zaangażować. Fajnie, że KyoAni podjęło próbę zmierzenia się z gatunkiem fantastycznym, ale wyszli z niej, moim zdaniem, przegrani. Niestety nie potrafili uporządkować wątków i jak to się często widzi, zwłaszcza w seriach 12-odcinkowych, początek zapchany został niepotrzebnie wydłużonymi wątkami (po co na przykład była cała ta heca z Sakurą?), a potem zabrakło czasu na wyjaśnienia tego, co naprawdę ważne. Kto tutaj właściwie był wrogiem i z jakich pobudek działał? W jaki sposób była w to wplątana najstarsza z rodzeństwa Nase i co to znaczy, że ona też ma w sobie zaklętego demona? Dlaczego i jak klan Mirai wymarł, skoro są tak nieziemsko potężni, że tylko oni mogą mierzyć się z demonami zza horyzontu? Jaka jest prawdziwa natura Akkiego? Całe mnóstwo rzeczy działo się w tym anime „bo tak”, bez żadnego logicznego uzasadnienia. Zdaje się, że przytłoczeni nieziemską grafiką mieliśmy całkowicie pogubić rozeznanie w fabule i poza ładnymi obrazkami niczego od niej już nie oczekiwać. Zakończenie też wymuszone. Niby jakiś super potężny wróg, a tak naprawdę udało się go pokonać w sposób dziecinnie łatwy. No ale jest dramat, bo Mirai znika w wyniku tej walki – ckliwe pożegnanie, depresja MC, wymuszone łzy u widza… a potem ni z gruszki, ni z pietruszki Mirai powraca i objawia się Akihito na dachu szkoły, gdzie się poznali. A jakim cudem Kuriyama powróciła? Bo tak.

Ocena końcowa: 4/10

———————————————–

Nagi no Asukara

nagi_no_asukara

Druga z serii jesiennych, w które nie straciłam jeszcze wiary. Co prawda spodziewałam się, że będzie odrobinę lepiej, ale i tak jest przyzwoicie. Oczywiście nie jest to seria dla wszystkich. Ja mam wybitną odporność na rozhisteryzowanych bohaterów, wielokąty miłosne i łzawe kokuhaku w co drugim odcinku. I sądzę, że czerpać radość z seansu Nagi no Asukara można tylko pod warunkiem, że ma się właśnie takie podejście. Bohaterowie, zgodnie ze swoim wiekiem, są mocno dziecinni, dlatego wszystkie ich emocje cechuje przerysowanie i nadmierny dramatyzm. Wszystko jest takie ostateczne – zwłaszcza w obliczu wielkiej hibernacji ;) I tutaj dobijamy do głównego wątku. Spodziewałam się, że Nagi no Asukara potraktuje temat trudnego sąsiedztwa i wynikających z niego problemów komunikacyjnych między ludźmi Ziemi a ludźmi Morza bardziej serio. Tymczasem główny nacisk położono na relacje między młodocianymi bohaterami. Dla mnie tak też jest dobrze, bo fajnie mi się to ogląda, ale mimo wszystko wydaje mi się, że był tu materiał na historię ambitniejszą. Oczywiście przesądzać jeszcze nie można, gdyż za nami dopiero połowa serii, a z tragicznym półmetkiem, który zaprezentowano nam w odcinku trzynastym, nie do końca wiadomo, jak to się dalej potoczy. Wygląda na to, że hibernacja ludzi Morza stała się faktem dokonanym. Pytanie, co z tymi, dla których odcinek zakończył się najbardziej dramatycznie – Manaką, Hikarim i Kaname? Częściowo jestem już w stanie odpowiedzieć na te pytania, bo rzecz jasna musiałam swoją chorobliwa ciekawość zaspokoić garstką dostępnych spoilerów, ale jeśli wśród czytających są jacyś widzowie Nagi no Asukara, to spokojnie – nie będę Wam psuła przyjemności oglądania, zdradzając, co się z kim stało ;) Podsumowując, bawię się przy tej serii całkiem dobrze. Okazała się czymś innym, niż spodziewałam się tego na etapie pierwszych odcinków, ale koniec końców nadal jest bardzo przyzwoicie.

Ocena śródsezonowa: 8/10

———————————————–

Samurai Flamenco

samurai_flamenco

Jedna z najtrudniejszych serii do ocenienia. Zaczęło się naprawdę świetnie. Ujmujący główny bohater, który rozczula swoją naiwnością, ale wzbudza również sympatię głową wypchaną młodzieńczymi ideałami. Wariat, który broni sprawiedliwości, zwracając ludziom uwagę, że nie powinni przechodzić przez ulicę na czerwonym świetle albo wyrzucać niedopałków papierosów na ulicę. No i rzecz jasna jego trzeźwo myślący przyjaciel policjant, który kryje wszystkie te super bohaterskie popisy. Naprawdę mi się podobało. I sądziłam, że pójdzie to w kierunku obyczaju, skupiającego się głównie na rozwoju osobowości Hazamy, w obliczu jego walki o sprawiedliwość. Dojrzewanie takiego bohatera mogłoby być całkiem ciekawe. Niestety w okolicach ósmego odcinka zadziało się coś, co nie śniło się największym filozofom. Na scenę wkroczyły czarne charaktery rodem z Yatamana, czy jemu podobnych. Samurai Flamenco poszedł w tak niedorzecznym kierunku, jakby nagle twórcy zaczęli zażywać bardzo duże ilości grzybów halucynogennych. Przyznam, że nadal nie mogę uwierzyć, że twórcy na serio zdecydowali się zrobić z tej w gruncie rzeczy obyczajowej serii (dodatkowo nadawanej w paśmie noitaminA, w którym debiutowały tytuły takie, jak Hachimitsu to Clover, Sakamichi no Apollon, Higashi no Eden itp.) skrajnie głupiego i tandetnego shounena. Wciąż czekam na wielki zwrot akcji nr 2, który wytłumaczy, czemu służyła cała ta farsa, z królem tortur i innymi bzdurami. Po prostu nie mogę uwierzyć, że to jest robione na serio, że tak ma być. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jakaś sztuczka, że ktoś chce nas tutaj podejść, że robi groteskę, która celowo jest aż tak bardzo przerysowana. Bo serio – nawet te wszystkie Yatamany, Yatodetamany i inne nie były tak złe, jak obecnie jest Samurai Flamenco. Nie wierzę, że w dzisiejszych czasach ktoś wpadł na pomysł, że taka fabuła może się sprawdzić. Może miał być to old school, ale nawet jeśli, to twórcy mocno tutaj przegięli.

Od oceny śródsezonowej na razie się wstrzymam, gdyż mam taki mętlik w głowie, że nie potrafię w żaden sposób ocenić tej serii…

———————————————–

Tokyo Ravens

tokyo_ravens

Z Tokyo Ravens w teorii nie jest źle. Mamy duże urozmaicenie akcji, świat przedstawiony, w którym ścierają się ze sobą moce dobra i zła, mamy trochę magii, trochę romansu, trochę komedii… A jednak, z jakiegoś powodu ta mieszanka zwyczajnie nie ma smaku. Bohaterowie są póki co bezbarwni i tak na dobrą sprawę to nie wiadomo, o co im chodzi, z kim walczą, o co walczą. Po stronie tych złych panuje jeszcze większy bałagan – jaka jest ich struktura i jaki mają cel, poza najbanalniejszym, czyli przejęciem władzy nad światem? Ja wiem, że w przypadku serii dwudziestokilkuodcinkowej takie odpowiedzi padają później, niż w seriach krótkich, ale i tak wydaje mi się, że tutaj jest skrajny bałagan. A doświadczenie nauczyło mnie już, że jeżeli po ponad 1/3 serii nadal kompletnie nie wiadomo, o co chodzi, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo tego, że twórcy danego tytułu też nie wiedzą, o co im chodzi i po tym, jak już maksymalnie poplączą akcję, ostatecznie rozwiążą ją za pomocą chwytu typu deus ex machina, albo co gorsza, zapomną o części pytań, które sami postawili i zostawią nas z niczym. Z tego powodu nie wiem, czy jest dalszy sens angażowania się w tę serię. Nadal mocno się nad tym zastanawiam i pewnie będzie to zależało od tego, ile będę miała tytułów do oglądania w sezonie zimowym.

Ocena śródsezonowa: 4/10

———————————————–

Jedną z nielicznych serii jesiennych, które oglądało mi się naprawdę świetnie, był drugi sezon Kakumeiki Valvrave, ale sądzę, że tutaj porwę się na pełną recenzję obu sezonów, także póki co wstrzymam się z krótkim komentarzem ;)

Ostatnią serią jesienną, którą oglądałam, był White Album 2, ale o nim pisałam już trochę przy okazji zestawienia najgorszych serii 2013 roku. Poza tym przyznam, że moja frustracja wobec tego tytułu jest tak duża, że chciałabym ją przelać w pełnowartościową recenzję, toteż póki co odpuszczę sobie opis skrócony i mam nadzieję za kilka dni podejmę się napisania tekstu o większej objętości ;)

Widać, jak na dłoni, że nie był to dobry sezon. Jesień 2013 okazała się okrutnie rozczarowująca. Być może zabrałam się za oglądanie nie tych tytułów co trzeba, nie zmienia to jednak faktu, że jak na tyle serii, ilość niewypałów jest i tak przytłaczająca. To chyba przestroga przed nadmiernym entuzjazmem, z którym wyczekiwałam serii jesiennych ;) Zimą na pewno nie popełnię już tego samego błędu :P

A czy Wam udało się znaleźć coś godnego oglądania? Może jakiś tytuł, z tych które ja ominęłam, a które, jak sądzicie, warto obejrzeć?

Advertisements

11 responses to “Sezonowy WRAP UP: jesień 2013

  1. Widzę, że oceniasz dość surowo, ale za to piszesz ciekawie, więc będę tu zaglądać. Też prowadzę podobnego bloga, więc zapraszam do mnie.

    • No właśnie, jak tak patrzę, to faktycznie wyszła mi ta ocena surowa, choć z reguły mam raczej tendencję do zawyżania not i spoglądania przez palce na drobne potknięcia w poszczególnych seriach ;) Tutaj chyba oceny spowodowane są rozgoryczeniem ogólnym poziomem sezonu jesiennego – wszystko zaczęło się naprawdę fajnie, a potem większość serii zaczęła staczać się po równi pochyłej. Mnóstwo, mnóstwo zmarnowanego potencjału…

      Dziękuję za odwiedziny i oczywiście zapraszam jak najczęściej :) I naturalnie do Ciebie też zaglądać będę – im nas blogujących więcej, tym weselej :)

  2. Huh, naprawdę ostro zjechałaś serie. Dla mnie najlepszym jesiennym anime okazało się Log Horizon, ale widzę, że to chyba nie Twoje klimaty. Za to naprawdę polecam Ci Kyosougiga – jestem strasznie ciekawa, jak Twoje surowe oko by to oceniło =]

    Przypomniałaś mi, że miałam jeszcze rzucić okiem na Tokyo Ravens :) Ale chyba sobie odpuszczę. Nagi no Asukara wciąż mnie kusi – szczególnie, że dostała najwyższą ocenę od Ciebie po takim zjeździe – ale priorytetem jest jednak Diamond no Ace. Po Kuroko mam wielką ochotę na sportówki…

    Ale od oglądania wstrzymują mnie trzy rzeczy: praca, kolokwia, sesja. Ach, życie… Ogólnie ostatnio więcej czytam niż oglądam, jakoś mnie oglądanie odpycha :(

    Co do Golden Time… doszłyśmy już do porozumienia ;) Wciąż mnie dziwi, że autorka Toradory mogła tak to zwalić. Jeśli chodzi o Samurai Flamenco, mimo największego rozczarowania w tym sezonie, raczej nie przestanę oglądać. Powód jest jeden – Gotou. Ekchem… ^^ No ale jeden Gotou anime nie ratuje, jeśli wyskoczą z jeszcze gorszym kretynizmem to będę się musiała mocno zastanowić.

    Pozdrawiam cieplutko ;)

    • O Log Horizon słyszałam już kilka dobrych opinii, ale rzeczywiście nie jest to mój klimat. Choć przyznam, że planuję poszerzyć nieco paletę swoich animowanych zainteresowań, więc może kiedyś nadejdzie dzień, w którym zwrócę się w kierunku tej serii ;)

      Fajnie, że wspominasz o Kyosougiga. Na etapie zapowiedzi planowałam oglądać tę serię, ale później doczytałam, że jest ona powiązana z jakimiś wcześniejszymi OVA i tak odkładałam i odkładałam, bo najpierw muszę obejrzeć te OVA, aż finalnie sobie serię odpuściłam. Natomiast przyznam, że wydaje mi się interesująca i chętnie bym ją jednak obejrzała. Stąd pytanie do Ciebie – czy konieczne jest zapoznanie się z OVA, czy też można od razu oglądać serię telewizyjną, bez obaw o jakieś brakujące elementy?

      Tokyo Ravens chyba naprawdę nie jest warte zachodu ;) O pierwszych odcinkach Nagi no Asukara zdecydowanie pomyśl – bardzo szybko powinnaś się zorientować, czy klimat Ci odpowiada, czy jednak średnio ;) A skoro masz apetyt na sportówki, to Diamond no Ace to must see :) Ja czerpię z kolejnych odcinków mnóstwo frajdy.

      Faktem jest, że Gotou to jeden z jaśniejszych punktów Samuraia Flamenco :) Aczkolwiek mam wrażenie, że stopniowo wdrażaną konsekwencją tych szalonych plot twistów będzie przeniesienie Gotou na dalszy plan. No bo jeśli ci nowi Rangersi pracujący z Hazamą zostaną z nami na dłużej, dla uroczego policjanta może już czasu nie starczyć i może go czekać koniec podobny do tego, który spotkał Mari i pozostałe Flamenco Girls. Tak naprawdę ta seria jest na tyle pokręcona, że kompletnie nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać i w jakim kierunku pójdzie.

      Pozdrawiam również :):)

      • Możesz spokojnie oglądać wersję TV. Ja sama oglądałam bez znajomości OVA i nie odczułam tego kompletnie. OVA to tak w sumie skompresowane 3/4 wersji telewizyjnej z jeszcze większym chaosem :) Zastanawiam się, czy bym cokolwiek z niego zrozumiała gdybym wcześniej nie obejrzała wersji TV…. ^^”

        • Przekonałaś mnie! :D Myślę, że w takim razie w najbliższym czasie spróbuję nadrobić Kyosougiga :) I nie omieszkam podzielić się wrażeniami ;)

  3. Samumenco w zasadzie zrobił 3 zwroty akcji i ja też nie wiem czego się po tej serii spodziewać, ale nie spieszyłbym się z nazywaniem tandetą tego co stało się przy pojawieniu się Gilotynowego Goryla, ten fragment ma pewną poetykę, poetykę sesji BDSM, gdzie scenarzyści są bardzo perfidną dominą :P
    Galilei Donna było faktycznie największym rozczarowaniem, ała, dlaczego ;__;
    Valvrave ok, ale przesadzony, poprzedni sezon był lepszy.
    A w sezonie nie brakło rzeczy dobrych – cudnie śliczne (absolutnie najlepsze tła jakie w życiu widziałem) i urocze Non Non Biyori, które jest czystą przyjemnością w oglądaniu i kładzie na łopatki niewymuszonym humorem. Z ciepłych i uroczych obyczajówek jeszcze Gingitsune.
    Poza tym haremówki, które od początku wiedziały czym są i nie bały się tego przyznawać – niezłe Outbreak Company, które sypie nawiązaniami do innych serii a bohater jest stereotypowym otaku, i szalone NouKome, które po prostu jest radośnie szalone. Te serie wiedzą czym są, nie udają czego innego i umiejętnie bawią się konwencją, puszczają oko do widza co trochę (odcinek sportowy w OC powodował turlanie po podłodze).
    No i KIll la Kill, ale trzeba lubić taką konwencję.

    • Przy zwrocie z Gorylem byłam zszokowana, ale wciąż przekonana, by nie powiedzieć pewna, że czemuś to służy i ma następnie zostać wykorzystane w bardzo przewrotny sposób. Aczkolwiek przyznam, że trochę nie grał mi poziom brutalności. W całym tym cyrku na kółkach, którym okazał się Król Tortur i jego podwładni, za każdym razem przypuszczający coraz bardziej bzdurne i nieszkodliwe ataki, atak Goryla był naprawdę straszny – w serii, w której dotychczas przemoc ograniczała się do tego, że ktoś przyłożył niezdarnemu Samumenco, nagle widzimy, jak kilka osób zostaje skróconych o głowę. To była bardzo raptowna zmiana konwencji. Niemniej wierzyłam, że czemuś ma to służyć. Teraz nie jestem już o tym przekonana, bo ten wątek a’la przerysowany shounen sprzed lat ciągnie się już zbyt długo i niestety nie widać tu, niezbędnego w takich przypadkach, puszczania oczka ze strony twórców. To naprawdę wygląda, jakby traktowali ostatnie wydarzenia fabularne całkowicie serio. Nie wiem, czy da się to wszystko jeszcze odkręcić…

      Przyznam, że Valvrave’a oglądałam z punktu widzenia kompletnej amatorki :) Nieczęsto oglądam mecha, stąd dla mnie była to seria zaskakująco świeża i pomysłowa, choć spotkałam się z niezliczoną ilością opinii o tym, że jest wtórna i ściąga każdy możliwy wątek z innych, dużo starszych tytułów. Pewnie, gdybym znała to, co było przed, nie byłabym tak Valvravem urzeczona i mam tego pełną świadomość ;)

      Z tego, co piszesz, wynika, że faktycznie wybrałam sobie złe tytuły do oglądania ;) Bardzo zaciekawiłeś mnie komentarzem na temat Non Non Biyori. Odpuściłam sobie ten tytuł, bo obawiałam się, że będzie przesadnie słodki i głupawy, ale teraz zaczęłam się zastanawiam, czy aby nie osądziłam tej serii za szybko :)

      Gingitsune zaczęłam oglądać i jak najbardziej mam w planach kontynuować, ale że jestem zaledwie po trzech odcinkach, nie chciałam tego tytułu umieszczać jeszcze w podsumowaniach.

      A co do pozostałych serii, wniosek jest chyba jeden – na sezon zimowy muszę sobie lepiej przemyśleć wybór tytułów, które będę oglądała ;)

      Dzięki za odwiedziny i serdecznie zapraszam ponownie :)

      • Oj przemocy było więcej odkąd pojawiły się Flamenco Girls, to był taki pierwszy zwrot akcji i w sumie liczyłem, że ta konwencja się utrzyma, a tu bam, krew i lecące głowy… Ale ten fragment miał też przebłyski geniuszu – vide rozmowa KT z porwanym producentem tv. To wszystko faktycznie jest na serio, ale serio do bólu i przesady, klisza za kliszą, momentami jak skecz Pythonów. :P
        Patrząc po tym jak skończył się dzisiejszy odcinek obstawiam, że ta super sentaiowa konwencja potrwa jeszcze ze 3 i dostaniemy czymś zupełnie nowym.

        Ja mecha też dawno nie oglądałem, więc wtórności nie czułem wcale. Bardziej chodziło mi o porównanie 2 sezonu z 1, który jakoś tak dobrze i szybko mi wszedł, a tu było trochę zbyt serio momentami. Wiem, że wszystko się przeskalowało, ale i tak jakoś bardziej mnie ruszyła ta masakra niż gwałt, brr. Nie zmienia to faktu, że i tak całościowo była to jedna z lepszych serii w tym sezonie.

        NNB jak dla mnie jest idealne, niespieszne, nieprzesłodzone, nienachalne. I jak sami twórcy twierdzą od początku to miało być lecznicze anime. No, ale ja się od 2 odcinka w tej serii zakochałem, wylądowała w ulubionych, piosenka z czołówki w pętli i modlitwy, żeby chociaż w USA mangę wydali :P (w skanlacjach są 2 tomiki z 6 ;__;). Także polecam, przynajmniej sprawdzić ze 2-3 początkowe odcinki, potem samo już wciąga ;)

        Ano po 3 odcinkach nie ma za bardzo co podsumowywać.

        Z nieobejrzanych Kyosougiga podobno jest świetne, zresztą widzę, że wyżej już ktoś pisał, ja się właśnie zabieram za nadrabianie.

        I zapomniałem napisać wcześniej – Kyoukai no Kanata, aż takie złe nie było, faktycznie zakończenie z czapy i urwane wątki fabularne, niemniej nadal lepsze zakończenie niż Galilei Donna. Tak ogólnie to: jest ładne, postaci są sympatyczne, fabuła jakby ją doszlifować byłaby niezła, (ale z tego co widzę zrobili tak chyba dlatego, że to adaptacja LNki, która nadal wychodzi, w sumie to całkiem sporo wyjaśnia :P), jest sporo akcji, generalnie była to jedna z tych serii, które oglądałem z przyjemnością i dobrze się bawiłem (odcinek muzyczny ^^).

        :) Będę zaglądał. (to nie miało brzmieć jak groźba ;p)

        • Faktycznie, przemoc była wcześniej. Ale przyznam, że wcześniej właśnie miałam poczucie groteski zamierzonej i dobrze zaplanowanej. Pewnie jako dziewczyna nie doceniam wagi brutalności ataków Mari na męskie krocza, ale wydaje mi się, że to właśnie miało być tak bardziej na zasadzie absurdalnego gagu ;) Aż nagle pojawia się Gilotynowy Goryl, robi się jeszcze bardziej absurdalnie, ale dzieje się coś bardzo serio, bo ktoś naprawdę traci życie. Kontrast był tutaj gigantyczny, choć pewnie zamierzony…
          Nie widziałam jeszcze najnowszego odcinka SF, ale cieszy mnie już sama Twoja sugestia, że zapowiada się to tak, jakby za chwilę konwencja miała się zmienić :) Liczę na to bardzo, bo obecna zaczyna mnie już mocno męczyć.

          Różnice między poziomami pierwszej i drugiej serii Valvrave’a ciężko mi ocenić z tego względu, że pierwszą zaczęłam oglądać w momencie, w którym druga się już kończyła – w efekcie był to dla mnie maraton. Po ostatnim odcinku pierwszego sezonu, natychmiast włączyłam pierwszy drugiego ;) Przejście miałam więc bardzo płynne.

          W takim razie Non Non Biyori wciągam na listę do obejrzenia :) Piszesz o tym tak zachęcająco, że chyba bym żałowała, gdybym chociaż pierwszym odcinkom nie dała szansy.

          Jeśli chodzi o absurdy fabularne, to faktycznie Galilei Donna bije Kyoukai no Kanata, ale dla mnie różnica nie była aż tak wielka, gdyż nowe dziełko KyoAni też wydało mi się bardzo niedopracowane. Nie poszło im rozplanowanie akcji i ewidentnie zabrakło pomysłu na spektakularne zakończenie. Walka z demonem zza horyzontu zrobiła na mnie dużo mniejsze wrażenie, niż walka z pustką cienia z początku serii, a to chyba nie tak powinno się stopniować napięcie u widza ;)

  4. Pożyjemy zobaczymy, jeszcze 10 odcinków. W pierwszych 11 twórcy pokazali jaki rollercoaster można zrobić z serią ;]

    Ja miałem ze 3 tygodnie przerwy pomiędzy połknięciem pierwszego sezonu a drugim, ale nie tyle o płynność co tu chodzi co inaczej rozłożone tony i ciężar klimatyczny. Zresztą, krótko, obie serie bardzo dobre i na tym poprzestanę, przynajmniej przed tą zapowiedzianą dłuższą recenzją ;)

    Jej! :D

    Na mnie akurat ta finałowa walka zrobiła bardzo dobre wrażenie, i to poczucie, że do końca nie wiem co jest snem, co rzeczywistością, a co równoległym, zamkniętym światem. I było i ładniej, i z dużo większym rozmachem zrobione. W krótkich żołnierskich słowach – solidne pierdolnięcie na koniec Niestety potem Kuriyama zmartwychwstała, lubiłem postać i rozumiem dlaczego, ale wyjęcie jej z czapki/tyłka scenarzysty było takie „dude, srsl?”, i te niedomknięte wątki – skąd wziął się główny antagonista? co miał na myśli rozmawiając ze starszą z sióstr Nase?, to bardziej gryzło. Ale nie oczekiwałem po tym tytule jakiejś wielkiej głębi wybitnie ambinej fabuły, oczekiwałem ładnych obrazków, walk i dobrej zabawy, tyle dostałem ;]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s