Noragami – o różnych obliczach boskości

noragami

Niełatwo żyje się pomniejszemu bóstwu, które nie posiada ani wyznawców, ani nawet własnej świątyni, a na domiar złego dostaje właśnie wymówienie od sługi, stając się tym samym bezużytecznym w walce z innymi nadprzyrodzonymi bytami. Lekko mieć też w życiu nie może nastoletnia dziewczyna, w wyniku nieszczęśliwego wypadku zmieniająca się w pół­‑zjawę, której dusza ucieka z ciała w najmniej spodziewanych momentach. Czy gdyby dwójka takich pechowców spotkała się i zawarła kontrakt, ich życie uległoby poprawie? Trudno powiedzieć. Na pewno jednak stałoby się to przyczynkiem do wielu ciekawych i zabawnych perypetii. Chcielibyście wiedzieć jakich? Jeśli tak, zapraszam do lektury recenzji, a jeszcze lepiej – seansu Noragami, gdyż to tam znajdziecie odpowiedź na powyższe pytanie.

Noragami - 01

Hiyori Iki poznaje boga Yato w dość niefortunnych okolicznościach. Ratując, jak jej się wydaje, zwykłego chłopaka spod kół nadjeżdżającego autobusu, pada ofiarą rozdwojenia ducha i ciała. Stan ten okazuje się w jej przypadku permanentny – co jakiś czas ciało dziewczyny, niczym pod wpływem ataku narkolepsji, zapada w sen, a jej dusza, przystrojona w uroczy koci ogon, zyskuje nadprzyrodzone moce. Yato obiecuje pomóc Hiyori w powrocie do normalnego stanu, nim jednak się do tego zabierze, musi znaleźć nowego sługę. Jego dotychczasowa shinki, święta broń, którą zostać może zagubiona dusza zmarłego człowieka, odchodzi ze służby, pozostawiając swego pana całkiem bezbronnym. W chwili zagrożenia Yato trafia jednak na zastępcę niewiernej Tomone – duszę nastoletniego chłopca, któremu nadaje nowe imię, tym samym zawierając z nim przymierze między bogiem a świętą bronią. Czy to oznacza, że największy problem Yato ma już z głowy? Nic bardziej mylnego. Poznanie Yukine, gdyż takie imię otrzymuje niepokorny nastolatek, staje się dopiero początkiem problemów nieogarniętego bóstwa. Jeśli dodamy do tego pół­‑zjawę Hiyori, bardziej i zdecydowanie mniej przyjaznych bogów, których od zamierzchłych czasów spotyka na swej drodze Yato, i konieczność niekiedy całkiem upadlającego zarobkowania w celu pozyskania funduszy na własną świątynię, otrzymamy całkiem pokaźny pakiet zdarzeń, z których można skonstruować niekoniecznie oryginalną, ale na pewno ciekawą i rozrywkową fabułę. Czy jednak twórcom Noragami udało się to osiągnąć?

Noragami - 12

Recenzowana seria oparta jest na bardzo popularnym schemacie – oto zwyczajny człowiek nagle spotyka na swej drodze postać obdarzoną boskimi mocami i zaczyna towarzyszyć jej w nadprzyrodzonych przygodach. Scenariusz do Noragami trudno zatem określić mianem odkrywczego, nie to jednak stanowi jego największy problem. Seria liczy zaledwie dwanaście odcinków i tak naprawdę kończy się, zanim zdąży na dobre się zacząć. Trudno nie odnieść wrażenia, że osoby odpowiedzialne za rozplanowanie poszczególnych wątków zapomniały o ograniczeniach czasowych. Gdy Yato zawiera kontrakt z Hiyori, mamy prawo zakładać, że będzie to jeden z przewodnich motywów serii. Kiedy jednak na scenę wkracza Yukine, to właśnie jego skomplikowana relacja z Yato wysuwa się na pierwszy plan. Z odcinka na odcinek wątek ten gęstnieje i nabiera powagi, a gdy wreszcie zostaje zamknięty, okazuje się, że cała produkcja jest już właściwie na ostatnim zakręcie, w wyniku czego pospiesznie dobudowany zostaje finał, który właściwie niczego nie kończy. Jeśli więc miałabym wskazać główną słabość fabuły Noragami, nie byłaby to wtórność scenariusza, a właśnie całkiem nierównomierne poprowadzenie obecnych w nim wątków. Niestety większość z nich nie doczekuje się nie tylko rozwiązania, ale nawet rozwinięcia. Jest to o tyle niefortunne, że wydają się one mieć w sobie duży potencjał, który nie zostaje wykorzystany. Dzieje się tak chociażby w przypadku Bishamon, bogini wojny, która od dawna próbuje zemścić się na Yato za wyrządzoną w odległej przeszłości krzywdę. To bóstwo z zupełnie innej ligi niż nasz zapomniany przez ludzi protagonista – w jej zastępie sług znajduje się aż osiem świętych broni, w tym niezwykle utalentowany Kazuma, który choć wiernie służy swojej pani, z jakiegoś powodu darzy Yato dużym szacunkiem i nie waha się mu pomóc w chwili zagrożenia. Postaci te, przedstawione w pierwszej połowie serii, szybko schodzą na dalszy plan, by do samego końca już z niego nie powrócić. Co wydarzyło się między nimi w przeszłości? Odpowiedzi na te pytania albo wcale nie padają, albo są tak szczątkowe, że trudno z nich złożyć sensowną historię. Cała seria zdaje się cierpieć na brak czegoś, co można by nazwać tłem historycznym. Podobnie jest z Norą – shinki, która dawno temu była na usługach Yato. Dowiadujemy się wyłącznie tego, jak dzisiaj wyglądają jej relacje z głównym bohaterem – nie wyjaśnia się jednak w najmniejszym stopniu, co działo się między nimi wcześniej. Jedynym wątkiem, który pokazany zostaje od początku do końca jest już wspomniana historia Yukine. To jego losom scenarzyści zdecydowali się poświęcić najwięcej czasu.

Noragami - 04

W zależności od preferencji widza i tego, czy postać nastoletniego sługi Yato zdoła wzbudzić jego sympatię, sposób poprowadzenia tego wątku stanowić może największą wadę lub też największą zaletę scenariusza. Przyznam, może nieco wbrew opiniom większości, że w moim przypadku była to druga z tych opcji. O ile uważam, że faktycznie błędem było uczynienie z tej części centralnego punktu całej serii, to mimo to zrobiona została ona bardzo rzetelnie i zaskakująco realistycznie. Dużo czasu poświęca się narastającemu buntowi Yukine, tak typowemu dla wieku, w którym jest bohater. Nieczęsto spotyka się w produkcji stricte rozrywkowej tak pełną i autentyczną kreację dojrzewającego nastolatka, który z jednej strony w bardzo dziecinny sposób walczy z narzuconym z zewnątrz autorytetem, z drugiej zaś wyraźnie pragnie, by ktoś się nim zaopiekował i określił reguły, według których powinno się postępować. Oczywiście zachowanie to może irytować, nie jest jednak bezpodstawne – jeśli dobrze zastanowimy się nad motywami kierującymi chłopakiem, trudno dziwić się takiemu, a nie innemu sposobowi reagowania na sytuację, w której się znalazł…

Noragami - 08

Warto jednak pamiętać, że wbrew pozorom na wątku Yukine Noragami się nie kończy. Co zatem mają szansę znaleźć tu osoby, które w przeciwieństwie do recenzentki, tę część całej produkcji uważają za jej wadę? Noragami to produkcja w stu procentach rozrywkowa i należy o tym pamiętać, przystępując do jej seansu. Nie jest to oczywiście jednoznaczne z niezmiennie wysokim poziomem komizmu. Z upływem czasu seria zmienia klimat – z lekkiej, nieco głupawej komedii, niekiedy balansującej na granicy autoparodii, przemienia się w pełnokrwisty dramat, silnie grający na emocjach. Nie oznacza to bynajmniej, że wątki komediowe zostają całkowicie wyparte przez narastającą powagę. Do samego końca możemy liczyć na przełamywanie ciężkiej atmosfery dramatycznych scen, głównie za sprawą Yato. To jego postać nadaje ton całej serii i staje się elementem przesądzającym o jej rozrywkowym charakterze.

Noragami - 11

Nie da się ukryć, że jako bóg wojny i nieszczęścia Yato nie budzi wielkiego respektu – z całą pewnością jednak jako główny bohater budzi dużo sympatii. Yato, którego poznaje Hiyori, to stale błaznujący pajac, marzący o milionach wyznawców i gromadce wiernych służek pojących go alkoholem i raczących codziennymi masażami. Zubożały i bezdomny typ, przechadzający się po mieście w znoszonym dresie, nie wypada wiarygodnie w swej boskiej roli, gdy jednak przychodzi do walki z mrocznymi duchami, potrafi szybko wziąć się w garść i zaskoczyć poziomem umiejętności. Kreacja tego bohatera jest bez wątpienia bardzo chwytliwa, obliczona na zdobycie natychmiastowej sympatii widza. Bardziej wnikliwa analiza szybko doprowadzić może jednak do zauważenia znaczącej niespójności między teraźniejszym a przeszłym wcieleniem Yato. Kilkakrotnie informuje się nas o tym, że w zamierzchłych czasach był on bogiem nieszczęścia nie tylko z nazwy – plotki o jego bezlitosnej naturze wciąż krążą wśród innych bóstw. Gdyby więc podejść do oceny bohatera sceptycznie, z łatwością można wytknąć naiwne wybielenie jego charakteru, które z powodu braku wspomnianego już „tła historycznego” wypada nieprzekonująco. Czy jednak warto aż tak surowo oceniać serię, która z założenia ma być łatwa i lekka w odbiorze? Na to pytanie każdy oglądający musi już sobie odpowiedzieć samodzielnie.

Noragami - 02

Ostatnią z postaci, której należy się bliżej przyjrzeć, jest ta, od której wszystko się zaczyna – Hiyori, pół­‑zjawa, miłośniczka sztuk walki i zaskakująco ogarnięta protagonistka, co, jak powszechnie wiadomo, nie zdarza się w świecie anime codziennie. Hiyori pełni rolę widza trzeźwo patrzącego na świat nadprzyrodzony, który wbrew swej woli staje się uczestnikiem przedstawionych wydarzeń. Jej zalety nie kończą się jednak na zdrowym rozsądku. Bohaterka urzekła mnie przede wszystkim aktywnością – nie jest ona typem dziewczyny specjalizującej się w popadaniu w tarapaty, z których męski protagonista musi stale ją ratować. W Noragami mamy do czynienia z nieustannym odwracaniem tego schematu. To Hiyori pomaga Yato, nadstawiając przy tym własnego karku (i ogona!). Przy szalonej niekiedy odwadze, nie brak jej jednak bardziej przyziemnych i realistycznych cech, które dochodzą do głosu przy okazji problemów z Yukine. Trudna sytuacja ujawnia, że choć Hiyori ma jak najlepsze chęci, nie jest w stanie wyjść poza percepcję typową dla swojego wieku – naiwnie wierzy, że problemy Yukine da się rozwiązać dobrym słowem, domowej roboty ciasteczkami i ukrywaniem przed Yato przewinień chłopaka. To niewątpliwie podejście infantylne, ale – podkreślę to raz jeszcze – bliskie rzeczywistości.

Noragami - 10

Opisana szczegółowo trójka bohaterów, choć nie zamyka kręgu postaci przedstawionych w Noragami, stanowi centrum tej historii i to od tego, jak wypadną w naszych oczach, zależy w decydującej mierze, jak ocenimy całą serię. W moim prywatnym odczuciu Hiyori, Yato i Yukine stworzyli bardzo ciekawe trio, zaś relacje między nimi oddane zostały z zaskakującą dozą realizmu. Nie odważę się jednak poręczyć, że każdy widz zareaguje podobnie – nie mamy tu bowiem do czynienia z obiektywnie udanymi kreacjami, które odeprą każdy zarzut dotyczący ich konstrukcji.

Zdecydowanie mniejszych trudności nastręcza ocena technicznych warunków serii. Grafika prezentuje się bardzo dobrze, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ponadprzeciętnie. Animacja jest dynamiczna, dzięki czemu sceny walki wypadają naprawdę ciekawie – zaskakuje różnorodność ujęć i kątów, z których ukazywani są ścierający się ze sobą bohaterowie. Projekt postaci urzeka estetyką – uwagę zwracają szczególnie pięknej barwy oczy, ożywiające twarze i nadające im dużej ekspresji. Zjawy, z którymi walczą bogowie, zaprojektowane zostały raczej z przymrużeniem oka – dziwne kształty i oderwana od rzeczywistości paleta barw sprawiają jednak, że istoty te wyróżniają się i zwracają uwagę, a o to chyba chodziło. Pod względem wizualnym Noragami to jedna z najładniejszych serii ostatnich miesięcy i powinna zadowolić wszystkich, niezależnie od preferowanego stylu animacji.

Pozytywnie wyróżnia się także ścieżka dźwiękowa, zaskakująca nietypowym brzmieniem. Kompozycje, zwłaszcza te podczas scen walki, zapadają w pamięć. Eklektyczna, oryginalna w brzmieniu muzyka nie stanowi tylko obowiązkowego tła dla poszczególnych obrazów, z którego obecności nawet nie zdajemy sobie sprawy – każda melodia zwraca na siebie uwagę, aktywnie wspomagając budowanie klimatu danych scen. To jedna z tych ścieżek dźwiękowych, których z powodzeniem można słuchać w oderwaniu od serii telewizyjnej, nawet długo po jej zakończeniu. Nie gorzej wypadają utwory otwierające i zamykające odcinki. Goya no Machiawase w wykonaniu zespołu Hello Sleepwalkers jako opening sprawdza się rewelacyjnie – dynamiczna kompozycja z pazurem idealnie komponuje się z wysokiej jakości klipem, już na początku dającym spore wyobrażenie na temat poziomu animacji. W endingu wykorzystano spokojniejszy i bardziej nastrojowy utwór Heart Realize.

Noragami - 13

Na koniec nie mogłabym nie wspomnieć o obsadzie serii, gdyż jako oddana fanka Hiroshiego Kamiyi wyglądałam Noragami również z powodu jego obecności w tym tytule. W roli zakręconego Yato Kamiya mógł popisać się ogromnym talentem komediowym – jego wysiłki świetnie podkreślają barwny charakter bohatera. W pracy nad tą produkcją aktor miał szansę ponownie spotkać się ze znajomym kolegą po fachu – do roli Yukine zaangażowany został Yuki Kaji znany m.in. z roli Erena Yeagera z Shingeki no Kyojin, w której to serii, z Kamiyą jako Levim, stworzyli swój pierwszy udany duet. To nie koniec sławnych nazwisk – w Noragami mamy okazję usłyszeć takich ulubieńców publiczności, jak Miyuki Sawashiro (Himeko Inaba z Kokoro Connect), Jun Fukuyuma (Lelouch Lamperouge z Code Geass), Daisuke Ono (Sebastian Michaelis z Kuroshitsuji) czy Rie Kugimiya (Kagura z Ginatmy). Choć na tym tle gwiazda Maayi Uchidy świeci trochę słabiej, to ta najmłodsza w obsadzie aktorka bardzo solidnie kreuje postać dobrze wychowanej panienki z dobrego domu, jaką w istocie jest Hiyori. Uchida dzięki dość nietypowej barwie głosu ma szansę stać się wysoce rozpoznawalna w gronie innych niezaprzeczalnie uroczych, ale bardzo podobnie do siebie brzmiących seiyuu, które mnożą się ostatnio na potęgę.

Noragami - 14

Czy warto obejrzeć Noragami? Osobiście nie mam co do tego wątpliwości, choć przyznaję, że niewiele wiem na temat gatunku, jakim jest shounen. Co więcej, nie identyfikuję się z modelowym odbiorcą tego typu tytułów, dlatego też być może moja opinia nie pokrywa się z gustem bardziej wyrobionych fanów podobnych serii. Noragami to niestety kolejna produkcja, będąca ni mniej, ni więcej, jak reklamą wydawanej wciąż mangi i boleśnie się to przejawia w sposobie doboru i realizacji poruszanych wątków. Braki fabularne ma możliwość nadrobić zestawem dobrze wykreowanych, pełnych życia i zindywidualizowanych postaci. W pierwszej kolejności szansę temu tytułowi powinny dać osoby, które oglądały i polubiły serie takie, jak Hataraku Maou­‑sama! czy Blood Lad, gdyż zarówno ich klimat, koncepcje świata przedstawionego, jak i charaktery głównych bohaterów są w pewnej mierze zbliżone – szczególnie wyraźne wydało mi się podobieństwo między Yato a Maou Sadao. Od wyżej wymienionych Noragami różni się tym, że wkrada się tu większa ilość wątków dramatycznych. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że tytuł ten powstał, by bawić i relaksować – nie zaś wyznaczać nowe ramy gatunku, czy zaskakiwać poziomem złożoności. Jako taki, w mojej opinii, sprawdza się naprawdę dobrze i zasługuje na wysoką ocenę.

Reklamy

9 responses to “Noragami – o różnych obliczach boskości

    • Dziękuję :) I faktycznie, aż miło było na Hiyori popatrzeć. Bardzo mi się spodobało, że już w pierwszym odcinku tak fajnie odwrócono konwencję i aż dwukrotnie to ona uratowała Yato z opałów – od razu zaprezentowała się jako zaradna i aktywna protagonistka. Oby więcej takich! ;)

    • Bardzo dobry pomysł :) Ja mangę zaczęłam, kiedy emitowane było anime, ale że nie chciałam sobie spoilerować, zawiesiłam czytanie po kilku pierwszych rozdziałach. Niemniej muszę do niej w którymś momencie wrócić, bo była naprawdę dobra i do tego z bardzo estetyczną kreską. Czekam w takim razie na wrażenia z lektury ;)

  1. Shounen nie jest gatunkiem, a jeśli jest, to hmm, Noragami leży dośc daleko od Naruto :P
    Fakt faktem tło postaci było pokazane z dziurami, ale to chyba bardziej wina tego, że manga jeszcze wychodzi i nie są one zapełnione. Jak dla mnie jedna z lepszych serii tamtego sezonu, z gatunku bardzo dobrych ;)

    • Tak, tak, wiem, że shounen to nie tyle gatunek, co docelowa widownia, ale określenia shounen/shoujo/josei stosuję często w formie skrótów myślowych :)
      Pewnie, gdyby seria zaplanowana była na 20-parę odcinków można by było lepiej dopracować kwestię tła, choćby przeszłości Yato, o której w mandze sporo już powiedziano. Zawsze można mieć nadzieję na kontynuację ;) Raczej się jej nie spodziewam, ale grunt, że furtkę pozostawiono otwartą, więc może jednak kiedyś…?

  2. Tak jak napisałaś mamy ciekawe zawiązanie akcji, sympatycznych bohaterów i świetny balans pomiędzy komedią, akcją i fabułą. W efekcie powstała naprawdę dobra seria, która jednak nie wybije się na wyżyny bo padła ofiarą znanego syndromu bycia ekranizacją długiej i ciągle trwającej mangi.
    Akcja zaczyna się wątkiem pomocy Hiyori, ale ta sprawa już po kilku odcinkach przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Zaznaczono istnienie wielu innych wątków, ale koniec końców rozstrzygnięcia doczekała się tylko historia zbuntowanego Yukine, a potem na gwałt trzeba było dorabiać zakończenie. Naprawdę wielka szkoda, że poza czystą rozrywką seria nie ma wiele do zaprezentowania. O ile mamy podobne zdanie o serii i sam świetnie się bawiłem przy każdym odcinku to na koniec pozostał mi lekki niesmak spowodowany tym, że cały czas gdzieś w tle czaiły się świetne pomysły, których nie zobaczyłem na ekranie. Przez to osobiście nie poleciłbym Noragami jako „serii sezonu”, którą koniecznie trzeba obejrzeć, ale na pewno też nie będę jej odradzać.

    • Podzielam Twój niedosyt. Masz rację z tym, że przez cały czas czuło się, że jest tutaj mnóstwo innych możliwości i gdyby starczyło na to czasu antenowego, to z pewnością wykorzystane zostałyby naprawdę dobrze – wystarczy popatrzeć, jak dokładnie przemyślany i zrealizowany został wątek Yukine. Jestem pewna, że gdyby innym motywom poświęcono tyle samo czasu, byłoby równie dobrze, a może i lepiej – zwłaszcza, że materiał mangowy pełny jest ciekawych, wartych zekranizowania rozdziałów. Jeszcze na ten dorobiony na szybko wątek z Rabo i Norą mogłabym przymknąć oko, choć trochę szkoda, że nie dowiedzieliśmy się niczego więcej odnośnie przeszłości Nory i Yato. Ale pozostaje jeszcze kwestia, o której wspominasz – czyli Hiyori. Absolutnie nie rozwiązano problemu, od którego cała seria wyszła, co dziwi tym bardziej, że w jej trakcie pojawiły się domniemania, że jeśli Hiyori pozostanie w stanie pół-zjawy na dłużej, będzie coraz bardziej wsiąkała w świat duchów i może się to dla niej źle skończyć. Mimo to stanęło na pseudo rozwiązaniu, czyli na tym, że bohaterka oświadczyła, że nie życzy sobie zrywania więzów z Yato i Yukine i tyle. Jakby twórcy liczyli na to, że widz wybaczy im niedoróbki i niekonsekwencje w imię ładnego, szczęśliwego zakończenia. Pozostaje sięgnąć po mangę, bo tam jakoś lepiej jest to wszystko dopracowane ;)

  3. Niezaprzeczalne wady Noragami bardzo dobrze opisałaś, więc może napomknę tylko o tym, że czytałam kawałek mango i trochę mi przeszkadzało, że tam Yato był dużo większym dupkiem, niż pokazało to anime. Co mi trochę przeszkadzało, bo głos Kamiyana kojarzy mi się z megadupkowatością (możliwe, że znowu przez Jojo).
    Ale bardzo, bardzo lubiłam to anime – wątek Yukine był świetny, przy czym tak zrobiony, ze trudno z Yukine i tym jego gówniarskim buntem sympatyzować, ale znakomicie go poprowadzono i fantastycznie się to oglądało. Hiyori jest wspaniała, bo jednocześnie to nadal zwykła dziewczyna która niewiele może, ale mimo to nadal działa i czasem jej się udaje, w taki wiarygodny sposób. Uwielbiałam też Tenjina, Kofuku, Daikoku i Bishamon. Z ogromną chęcią sięgnę po mangę, dobrze, że Kodansha zdecydowała się to wydać w zrozumiałym języku :3
    Szkoda tylko, że manga nie będzie miała dwóch rzeczy, które absolutnie uwielbiałam w tym anime – głosów i muzyki. Taku Iwasaki przemienia w złoto każdy soundtrack którego się dotknie, natomiast w obsadzie same znakomite role. I tylko szkoda, że Bishamon było tak mało, bo kocham Miyuki Sawashiro <3 No ale zawsze mogę sobie puścić soundtrack czy coś.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s